adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Harmonia czy kakofonia? O nowej muzyce w Kościele, która przyszła wraz z jego wiosną

magazine cover

unsplash.com

Nie wszystko, co wydaje się świeże, nowe, atrakcyjne, okazuje się dobre – to prawda stara jak świat. W przypadku muzyki liturgicznej drugiej połowy XX wieku widać to wyraźnie. Zaszło wiele procesów, inicjowanych często na zasadzie hurraoptymizmu i eksperymentu, których część wydaje się niemal nieodwracalna. Wykonywanie podczas liturgii piosenek oraz utworów z elementami muzyki świeckiej lub rozrywkowej razi niektórych wiernych, którzy najchętniej natychmiast wyrzuciliby wszystkie muzyczne „nowinki” z Kościoła. Innym z kolei się to podoba i nie widzą oni potrzeby żadnych „porządków”. Co więcej, uważają, że katolicy powinni w dalszym ciągu iść tą drogą, jeśli nie chcą widzieć pustych kościołów.

Jak w takim razie ocenić posoborowe aggiornamento, które dokonało się w muzyce wykonywanej w świątyniach? Jak dziś odpowiedzieć na dylematy z nią związane tak, żeby z jednej strony być wiernym Kościołowi i „duchowi liturgii”, a z drugiej nie wyrządzić jeszcze większych szkód? Bądźmy realistami – to niezwykle szerokie zagadnienia, których w pełni nie wyczerpują poważne konferencje teologiczne, grube książki czy niezliczone artykuły naukowe. Poniższy tekst – mam nadzieję – będzie przyczynkiem do choćby krótkiej refleksji nad tym, co my, katolicy znad Wisły, słyszymy w naszych kościołach podczas mszy świętych i jak kształtujemy naszą wrażliwość muzyczno-liturgiczną. Wbrew pozorom, problem nie dotyczy jedynie osób odpowiedzialnych za muzykę kościelną.

Uporządkujmy definicje

Warto przypomnieć podstawowe założenia. Muzyka podczas liturgii nie jest dodatkiem czy dekoracją, lecz spełnia istotne funkcje i pozostaje (w różnym stopniu, w zależności od danego momentu celebracji) integralną częścią liturgii. Jako muzykę rozumiemy tu przede wszystkim śpiew. Muzykę wyłącznie instrumentalną również się dopuszcza, ale nie w każdym miejscu. Głos za pomocą melodii niesie ze sobą słowo, a więc przekazuje pewną treść, która wprowadza w przeżywaną tajemnicę, pomaga zawiązać wspólnotę pomiędzy wiernymi obecnymi na celebracji oraz towarzyszy istotnym gestom i znakom liturgicznym. Stąd Kościół w dalszym ciągu uznaje chorał gregoriański za uprzywilejowany śpiew liturgiczny, a zaraz po nim muzykę polifoniczną jako najbardziej zbliżoną do chorału.

W wyniku reform posoborowych (po Soborze Watykańskim II) włączono do liturgii – jako jej integralną część – również pieśni w językach narodowych. Zapomniano jednak, że istnieją one nie jako odrębne byty, ale po to, by pełnić rolę ewentualnych zastępczych antyfon mszalnych – na zasadzie tzw. oprawy muzycznej (określenie wyjątkowo szkodliwe, chociaż nader często wykorzystywane). Lata 60. XX wieku zapoczątkowały okres wielu zmian w dziedzinie kultury, sztuki, obyczajów – w muzyce nastąpił odwrót od tradycyjnych form oraz obowiązującego przez ostatnie wieki systemu tonalnego. Jednocześnie wykształcił się, niejako równolegle w stosunku do muzyki „wysokiej” (niesłusznie nazywanej poważną), silny nurt muzyki popularnej, typowo rozrywkowej. Od zawsze istniała ona w postaci muzyki ludowej, która w tym czasie oderwała się jednak od swojego naturalnego, gminnego rytmu. W efekcie narodziła się popkultura muzyczna ze swoimi wieloma gatunkami, do których należą pop i rock.

Nagłe zderzenie

Co wynikło ze spotkania Kościoła z nowym obliczem muzyki stojącej niejako na rozdrożu? Ks. prof. Ireneusz Pawlak (2001, s. 104), ceniony muzykolog i teolog, pisze tak: „Odnowa liturgii wprowadzona przez Sobór Watykański II zastała społeczność ludzi wierzących w większości na nią nieprzygotowaną. W tym wszystkim muzyka znalazła się w bardzo trudnej sytuacji: pomiędzy tym, co dawne, a tym, co nowe, choć jeszcze nie do końca określone”.

Przed soborem sytuacja była dość prosta. Podczas liturgii mszalnej wykonywano chorał gregoriański, a tam, gdzie nie było do tego wyznaczonych i kompetentnych osób, lud śpiewał „pieśni nabożne”, modląc się jako świadkowie czynności kapłańskich dokonywanych przy ołtarzu. Skarbiec polskich pieśni kościelnych jest wyjątkowo bogaty i do dziś wiele z nich pozostało w użytku, choć w nieco innej roli niż wcześniej.

Reformy posoborowe pozwoliły z jednej strony na umiejscowienie pieśni w konkretnym miejscu „akcji liturgicznej” (czego skutkiem pośrednim jest potrzeba ich nieco sztucznego skracania, gdy trwają za długo), a z drugiej zachęciły do wprowadzania nowych utworów muzycznych do użytku liturgicznego. Niestety, jak można zauważyć również na innych płaszczyznach funkcjonowania Kościoła, wewnętrzna dyscyplina i autorytet przepisów prawa zostały albo samoistnie poluzowane, albo potraktowane przez wielu (w tym duchowieństwo) jedynie jako ewentualne wskazówki, a nie jednoznaczną wykładnię obowiązujących zasad.

Dwa muzyczne grzechy główne

We współczesnej polskiej praktyce liturgicznej mamy problem przede wszystkim z dwoma negatywnymi lub przynajmniej ryzykownymi zjawiskami. Pierwsze to wykonywanie podczas mszy utworów (zarówno instrumentalnych, jak i wokalno-instrumentalnych) będących dziełami wprost świeckimi, komponowanymi z pobudek innych niż religijne, a wybieranych jedynie ze względu na ich walory estetyczne. Co do błędu w tego rodzaju podejściu do muzyki liturgicznej w zasadzie nie ma sporu. Łatwo wykazać tutaj pomyłkę, pod warunkiem, że nie traktuje się przestrzeni świątyni i celebracji liturgicznej na sposób areligijny, jedynie jako uroczystości prywatnej czy rodzinnej. Osoby o podobnych przekonaniach często roszczą sobie prawo do realizowania wszystkich swoich „zachcianek”, od ułożenia kwiatów i dekoracji po swobodny wybór repertuaru muzycznego.

Drugim, chyba jednak groźniejszym zjawiskiem – bo bardziej subtelnym, nie do końca jasnym i nie dla wszystkich zrozumiałym – jest wprowadzanie w miejsce utworów liturgicznych różnych pieśni lub piosenek niespełniających odpowiednich wymagań. O tym, czy dany utwór muzyczny wpisuje się w owe kryteria, decydują kompetentne władze kościelne – w Polsce diecezjalne Komisje Muzyki Kościelnej. Mają one uprawnienia do weryfikowania tekstu i melodii, ponieważ oba elementy brane są pod uwagę.

Niestety w tym aspekcie również panuje swoista samowolka, która sprawia, że praktycznie nie jest on kontrolowany na poziomie przeciętnej parafii. Ewentualne nadużycia nie spotykają się więc z żadną reakcją osób wykwalifikowanych i uprawnionych do takiej oceny. Mówiąc krótko, wszystko zależy od stanowiska miejscowego proboszcza, który albo stara się o zachowywanie podstawowych zasad muzyki kościelnej swojej parafii (tak samo, jak w kwestiach liturgii, administracji, finansów itd.), albo nie przejmuje się nimi. W drugim przypadku najczęściej przyzwala on na dowolność w tej kwestii, usprawiedliwiając ten stan na przykład potrzebą „wyjścia naprzeciw oczekiwaniom wiernych” i pytając, po co zmieniać coś, do czego wszyscy się już przyzwyczaili i co przecież „nikomu nie szkodzi”.

Przepis na nowy utwór liturgiczny

Kościół jak najbardziej dopuszcza do użytku liturgicznego nowe utwory i zachęca kompozytorów, aby je tworzyli. Należy przy tym zachować pewne zasady, których spełnienie ocenia wspomniana wyżej kompetentna władza kościelna. Nie wystarczy, by dany utwór był po prostu „religijny” – niestety nie wszyscy przyjmują za oczywiste, że pieśni liturgiczne (również te proste w formie lub napisane z myślą o dzieciach) zupełnie różnią się naturą i stylem od innych piosenek sprawdzających się podczas katechezy, ewangelizacji czy wspólnej modlitwy. Przywołany wcześniej ks. Pawlak (tamże, s. 113) przedstawia wymogi w stosunku do nowo tworzonych pieśni. Według niego tekst powinien być przystępny (ale nie prymitywny), nie może posługiwać się językiem staroświeckim i niezrozumiałym. Nie powinien być też „rymowaną teologią” ani „fascynującą poezją” ze zbyt egzaltowanymi wyrażeniami. Melodia natomiast musi wykazywać sensowny związek z tekstem oraz prezentować możliwie wysoki poziom artystyczny (czyli poszczególne elementy dzieła muzycznego ma przejawiać walory estetyczne). Charakter i styl utworu powinien odpowiadać zarówno jego treści, jak i przeznaczeniu do służby Bożej. W tym ostatnim wymogu chodzi na przykład o to, że niedopuszczalne jest wykonywanie podczas liturgii utworów w stylu przeboju czy hitu, charakterystycznych dla utworów świeckich (rozrywkowych).

Niestety nawet pobieżna diagnoza stanu muzyki wykonywanej w czasie liturgii – nie tylko podczas sławetnych mszy „dziecięcych”, młodzieżowych, ale również na zwykłych mszach parafialnych – nie jest zawsze pozytywna. W wielu miejscach bagatelizuje się lub wręcz lekceważy przytoczone wyżej zasady (choćby te dwie podstawowe – korzystania z zatwierdzonych śpiewników oraz niewykonywania piosenek i utworów świeckich). Źródłem takich działań jest często nawet „dobra wola” płynąca z przekonania o wyższości intuicji, dobrego samopoczucia i przyjemnych wrażeń nad błędnie rozumianym prawem, które rzekomo „krępuje” ludzką wolność i tłamsi emocje, czyniąc liturgię „nudną, trudną i poważną”.

Co robić?

Wydaje się, że niektóre procesy zaszły w Kościele tak daleko, że pozostają niemal nieodwracalne. Śpiewy pielgrzymkowe oraz chwytliwe, wzbudzające emocje piosenki ewangelizacyjne przeniknęły do wnętrz kościołów. Ludzie wychowani na boomie sacrosongów z lat 60., 70. i 80. XX wieku są już dziś dojrzałymi lub nawet starszymi osobami, które wychowały w tym „klimacie” własne dzieci czy wnuki. Te kilka dekad nie zawsze jasnych „zasad gry” zrobiły swoje. To nie jest w żaden sposób próba oskarżania tego pokolenia. Można powiedzieć, że nie było jego winą to, iż w Kościele prawdopodobnie zbytnio poluzowano dyscyplinę liturgiczną (której częścią jest muzyka kościelna), pozwalając na różne eksperymenty oraz próby wprowadzenia popkultury do kościołów. Wyrazistym przykładem niech będzie choćby słynna Msza beatowa Katarzyny Gärtner.

Sam pionier piosenki religijnej, francuski jezuita o. Duval, nie zamierzał tworzyć utworów przeznaczonych do użytku liturgicznego, tylko właśnie lekkie i proste piosenki wykonywane na spotkaniach, koncertach, wspólnych modlitwach. Później nikt się tym jednak nie przejmował… Myślę, że problem często sprowadza się do tego, iż zakaz grania piosenek religijnych podczas mszy sprawia wrażenie oceniania tych utworów jako złych ze swej natury. Tymczasem są one jak najbardziej dobre i godne pochwały. Powinno się jednak mieć świadomość, w jakim czasie i miejscu sprawdzają się idealnie, a w jakim ich użycie nie będzie właściwym pomysłem.

Na poziomie parafialnym osobą decyzyjną i odpowiedzialną za porządek liturgiczny jest oczywiście proboszcz. To on powinien, polegając na zalecanej w Kościele zasadzie pomocniczości, zatrudnić w parafii odpowiednią osobę wykształconą oraz przygotowaną tak, by móc jej przekazać pieczę nad dbałością o prawidłowy poziom muzyki kościelnej. Księża niekoniecznie muszą się być specjalistami w tej dziedzinie, ale muzycy kościelni już tak. Dobrze więc, jeśli odbywa się to na zasadzie mądrego zaufania. Podobnie ludzie świeccy proponujący organistom konkretne utwory (szczególnie z myślą o mszach, których są fundatorami) powinni uznać, że ich intuicja i przyzwyczajenia nie zawsze są najlepszym wyznacznikiem tego, co powinno się śpiewać (lub wykonywać) w kościele. Oczywiście nie zawsze jest idealnie – niekiedy trzeba wybrać drogę rozsądnego kompromisu, starając się zachować tyle z piękna i ducha liturgii, ile tylko się da.

Podobnie rzecz się ma z różnego rodzaju scholami, zwłaszcza dziecięcymi i młodzieżowymi. Często są to zespoły o dużej wartości ewangelizacyjnej funkcjonujące w danej parafii od dłuższego czasu i posiadające określony styl, do którego wszyscy się już przyzwyczaili. W wielu przypadkach dobrze byłoby wprowadzić pewne zmiany w celu dostosowania działań grupy do wymagań stawianych przez Kościół. Wydaje się jednak, że zawsze należy mądrze rozważyć tego rodzaju plany i przeprowadzić je umiejętnie, bez atmosfery rewolucji oraz burzenia starego porządku – to może okazać się dla większości parafian zwyczajnie niezrozumiałe, spotkać się z oporem, a nawet doprowadzić do konfliktu. Nie chodzi oczywiście o to, by bagatelizować problem czy pozwalać na ewidentne nadużycia. Celem jest to, by nie wylewać dziecka z kąpielą, czyli dostosowywać poziom i tempo koniecznych reform do konkretnych warunków, okoliczności oraz możliwości.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Mąż i tata. Nauczyciel religii. Organista i dyrygent. Bloger, webmaster, publicysta. Pochłaniacz kawy, książek i seriali.
Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.