Na kartach tej nieco zapomnianej powieści mamy okazję obserwować świętość in statu nascendi. Poznajemy świętego pełnego słabości, zwątpień i wewnętrznych rozterek. Powieść przypomina nam, że kapłaństwo to trudna droga, ale dzięki otwarciu na łaskę może być pięknym świadectwem dla innych.
Na tą książkę trafiłem przypadkiem w jakiejś taniej księgarni w Warszawie. By dobrze chłonąć jej treść trzeba zarezerwować sobie trochę czasu – warto wczuć się w klimat północnej Francji. Życie tam wydaje się przebiegać gdzieś obok wartkiego nurtu świata. Język powieści jest niełatwy, ale ma swój specyficzny smak, tak inny od tego, jaki znaleźć można we współczesnej powieści. W końcu przecież ma ona już ponad 90 lat.
Święty
Ksiądz Donissan, główny bohater powieści, był chyba najgorszym kandydatem na kapłana. W jego sercu płonął ogień powołania, lecz jednocześnie zalęknionego, osamotnionego na tej drodze. Sam znał swoje ograniczenia, za cud w jego oczach uchodziło to, że skończył seminarium i został prezbiterem. Był silny i dzięki swej sile chciał pomagać swojej parafii wykonując prace remontowe. Czy nie znane są nam przykłady wielkich mocarzy ducha, którzy mimo ograniczeń zostawali później wielkimi świętymi?
Św. Leopold Mandić miał 1,35 m wzrostu. Przełożeni uznali, że nie będzie nadawać się na kaznodzieję i polecili mu bycie spowiednikiem. Tam właśnie niestrudzenie udzielał wiernym rozgrzeszenia, często po 8 a nawet 12 godzin dziennie. Inny wielki święty Kościoła – św. Jan Maria Vianney jako seminarzysta uczył się słabo, potem jako kaznodzieja również był do niczego. Jąkał się i gubił wątki, jednak dzięki wierze i zaufaniu Bogu został sławnym spowiednikiem. Utarte hasło, które często spotkać można na różnych katolickich memach znajduje potwierdzenie w biografiach tych, ale i innych świętych: Bóg nie powołuje zdolnych, ale uzdalnia powołanych.
O życiu konsekrowanym dziś
7 stycznia ukazał się felieton ks. prof. Jerzego Szymika,w którym u progu Nowego Roku poddaje on refleksji istotę bycia kapłanem. Zwraca on uwagę na to, że kapłani muszą pamiętać o tym, co najważniejsze. Zabiegać muszą o królestwo Boże, nie zaś o pochwały ludzi. Autor stwierdza: „Istotą sprawy jest więc nasz – księży – wizerunek w oczach Boga, a nie w oczach ludzi”.
I choć ważne jest, by ksiądz był wrażliwy na doczesne potrzeby bliźniego, to nie jest to istota bycia księdzem. Wszystko musi przecież zaczynać się od wezwania do głoszenia Królestwa Bożego i przybliżania do Boga ludzi, do których został posłany.
Często jednak o życiu codziennym kapłanów w powszechnej świadomości pokutują pewne mity. Ksiądz jest przecież zwykłym człowiekiem, często dotyczą go problemy nieobce jego wiernym. Księża miewają problemy z uzależnieniami, chorują na ciele i psychice. Niestety czasami upadek księdza odbija się głośnym echem i rzuca cień na innych kapłanów.
Okiem świeckiego
Na swej drodze spotkałem różnych kapłanów. Czasem ich postępowanie wstrząsało mocno mną lub ludźmi, którzy poczuli się zawiedzeni. Widziałem księży, którzy płakali z powodu upadków swych braci w kapłaństwie. Wierni potrzebują jednak księży. Ksiądz Szymik pisze, że nieraz młodzi prezbiterzy „pękają” z powodu nadmiaru oczekiwań względem nich. Św. Paweł pisał przecież, że dla pozyskania dla Chrystusa jak najliczniejszej rzeszy wiernych, stał się wszystkim dla wszystkich (1 Kor 9,19).
Warto więc powrócić do powieści Bernanosa, by śledzić ten proces wzrostu świętości kapłana w wykonywaniu swego powołania. Warto brać z niego przykład, mimo iż wymagać to będzie nieraz zaparcia się samego siebie i przejścia przez wiele trudności.
