Gdy mowa jest o 500-leciu reformacji, zazwyczaj myśli się o tym wydarzeniu w wielkiej skali – o jego znaczeniu w historii świata i Kościoła. Tymczasem na poziomie codziennego życia katolicy osobiście doświadczają rzeczywistości rozbicia zachodniego chrześcijaństwa, gdy sami lub ich bliscy z różnych powodów i różnymi drogami zostają protestantami. W niniejszym tekście spróbuję wskazać, co sprawia, że szczególnie młodzi katolicy trafiają do ewangelikalnych zborów.
Na początku chcę zastrzec: ten tekst nie ma pretensji do bycia opracowaniem naukowym, ale oparty jest na osobistych doświadczeniach, wielu rozmowach z konwertytami na ewangelikalizm i obserwacji katolików zmagających się z pokusą protestantyzmu. Aby poruszany problem nie wydawał się zbyt abstrakcyjny, pozwolę sobie skonstruować trzy wymyślone opowieści, które jednak reprezentują pewne typowe historie tego, jak katolicy zostają ewnagelikalnymi chrześcijanami.
Drogi, które prowadzą od Rzymu
Maciek wychował się w niezbyt praktykującej rodzinie, ale sam zawsze mocno wierzył w Boga i ciągnęło go do kościoła. Chodził na dodatkowe nabożeństwa, czytał trochę przypadkowe książki o wierze, został ministrantem. Gdy miał 16 lat w trakcie wakacji poznał Mateusza, który był ewangelikalnym chrześcijaninem. Mateusz zabrał go na grupę biblijną, której spotkania odbywały się w domu jednego z członków. Maciek został zupełnie porażony przejrzystością Biblii, a pouczony przez uczestników grupy za pomocą różnych wersetów, został zachęcony do oddania swojego życia Jezusowi. Przeżył silne nawrócenie, a ponieważ niczego takiego nie doświadczył w Kościele katolickim, porzucił go krótko potem i przystąpił do zboru Mateusza. Teraz jest głęboko przekonany o prawdziwości zasady sola scriptura i gorliwie przekonuje innych o fałszywości katolicyzmu.
Ela pochodzi z domu gorliwie praktykujących katolików. Rodzice co niedzielę chodzili do kościoła, regularnie się spowiadali, zawsze odmawiali z dziećmi pacierz wieczorem. Chociaż różne praktyki religijne miały duże znaczenie w domu, rodzice niewiele potrafili Eli odpowiedzieć na pytania dotyczące wiary, które ją dręczyły. Obowiązki religijne stawały się dla niej coraz bardziej uciążliwe, a równocześnie coraz mniej je rozumiała. Instynktownie posiadała pewną wiarę, jednak gdy wyjechała na studia przestała chodzić do kościoła, chociaż nachodziły ją wyrzuty sumienia (wobec rodziców czy Boga – tego nie wie). Współlokatorka zaprosiła ją na uwielbienie do swojego kościoła, gdzie Ela po raz pierwszy naprawdę poczuła jakąś więź z Bogiem. Świetnie wykonywana profesjonalna muzyka poruszyła ją do głębi, a gdy po uwielbieniu pewien chłopak wyszedł na scenę i zaczął mówić o życiu z Jezusem, zobaczyła, że życie chrześcijańskie może być o wiele prostsze, a jego zasady zrozumiałe, jeśli tylko odwołuje się bezpośrednio do Biblii.
Tomasz w gimnazjum został zwolennikiem niszowej partii prawicowej. Uważał, że źle się dzieje w kraju i na świecie i postanowił, że trzeba coś z tym zrobić. Jeśli chodzi o jego wiarę, to wierzył w Boga i próbował brać udział w różnych wspólnotach okołoparafialnych, ale nikt tam nie podzielał jego poglądów i nie znalazł dla siebie w nich miejsca. Od dawna brał intensywny udział w dyskusjach w Internecie na różne tematy i pewnego dnia natrafił tam również na forum protestanckie. Po kilku tygodniach śledzenia go, jak również po przeczytaniu wielu stron i obejrzeniu filmów na YouTube linkowanych przez użytkowników, wyrobił sobie zdecydowane poglądy na to, co Bogu się podoba, a co nie, a także zrozumiał, że Kościół katolicki jest fałszywą religią. Teraz dalej dużo dyskutuje w Internecie z katolikami, prowadzi swojego bloga, na którym niezbicie dowodzi prawdy na podstawie Biblii. Skontaktował się przez Internet z pastorem małego radykalnego zboru wolnych chrześcijan. Pastor był tak pod wrażeniem gorliwości Tomasza, że zaproponował mu prowadzenie grupy biblijnej po ponownym chrzcie.
To są trzy dość typowe historie porzucenia Kościoła katolickiego na rzecz jakiejś formy ewangelikalnego chrześcijaństwa. Maciek, chociaż dla postronnego obserwatora może się wydawać bliski Kościołowi, tak naprawdę trochę błądzi i brakuje mu kogoś, kto by go naprowadził. Ela żyje w pewnej pustce dotyczącej wiary, chociaż można by powiedzieć, że pochodzenie na wszelkie sposoby powinno ją chronić przed utratą wiary w katolicyzm. Tomasz sam formuje swoje poglądy, jest osobą niezależną, więc sprawia wrażenie kogoś zawsze dobrze zorientowanego – temu swojemu zmysłowi słuszności czy rozumowi ufa bezgranicznie. Sami możemy być podobni do wyżej opisanych osób lub znać ludzi takich jak one. Jest niezwykle ważne, by zrozumieć, że nie do końca dokonują one swych wyborów świadomie, a przynajmniej, że nie do końca można je za te wybory winić. Stoją za nimi często różne czynniki, które predysponują do uległości wobec protestantyzmu. Przyjrzyjmy się niektórym z nich.
Powierzchowny katolicyzm
Dwie pierwsze historie sygnalizują coś bardzo ważnego. Wielu katolików żyje w przeświadczeniu, że katolicyzm jest czymś oczywistym. Jest jak powietrze, którym się oddycha na co dzień. W ten sposób Maciek, chociaż nie pochodzi ze specjalnie praktykującej rodziny, łatwo może utrzymać kontakt z Kościołem, zostać ministrantem itd. Rodzice pozostają nominalnymi katolikami. Rodzice Eli natomiast właściwie nie martwią się o to, by wiarę jakoś szczególnie zrozumieć, bo jakby nie zdają sobie sprawy, że coś mogłoby ją realnie podważyć – przecież wszyscy są katolikami. Trudność polega na tym, że katolicy tak sądzący najczęściej już zostali głęboko „zewangelizowani” inną ewangelią – różne idee racjonalizmu, liberalizmu, hedonizmu, konsumpcjonizmu są rzeczywistym budulcem ich poglądów, a katolicyzm albo jest jedynie dodatkiem, albo cienką, nic nie znaczącą skorupką pokrywającą całość. Wśród tego „oczywistego” katolicyzmu trudno znaleźć zwykłej osobie kogoś, kto rzeczywiście znałby swoją wiarę od A do Z. Nawet księża i katecheci mają wielką trudność w jasnym wyłożeniu wiary. Zatem kiedy Maciek instynktownie szuka jakichś źródeł dla zrozumienia swojej wiary, zdany jest na przypadkowe książki różnej jakości, które sumarycznie tylko potęgują wrażenie niejasności, a nic nie porządkują. Nie ma przewodnika, który wyjaśniłby mu, jak rzeczy się mają, co jest ważne, a co mniej ważne itd. Najprawdopodobniej sam nawet nie potrafi dla siebie zwerbalizować swojego problemu, więc nie szuka pomocy wprost, zaś ksiądz opiekujący się ministrantami nawet nie ma pojęcia, że z takim problemem ktoś w grupie może się zmagać: przecież wszyscy są katolikami, jakoś automatycznie rozumieją, w co wierzą, czyż nie?
Otóż nie. Zrozumienie wiary katolickiej – nie mówiąc już o życiu według tej objawionej prawdy – jest niesamowicie nikłe wśród zwykłych katolików, świeckich i duchownych. Nikt nie zdaje się dostrzegać palącej potrzeby rzetelnej, głębokiej katechezy. Wielu ludzi zatrzymało się na poziomie infantylnego wykładu wiary wyniesionego z podstawówki (a czasem, co gorsza, z liceum), w którym nadal króluje wyobrażenie Boga niewiele bardziej dojrzałe niż dziecięca „Bozia”, która za dobre zachowanie wpuszcza do nieba, a za złe wsadza do piekła, przy czym o ile wiadomo, czemu nikt nie chce trafić do piekła, to już nie jest pewne, co takiego ciekawego ma być w niebie. Taka wizja mogła wydawać się wystarczająca w świecie, w którym katolik przez całe życie nie miał okazji napotkać czegokolwiek innego oprócz innych katolików, jednak młodzi ludzie z naszych przypowieści nie żyją już w takim świecie. Nie tylko na co dzień spotykają się z innymi światopoglądami, ale sami dniem i nocą są katechizowani przez kulturę popularną w całkiem innym kierunku. Dorośli i dorastający katolicy potrzebują rzetelnej katechezy, która zgodnie z zamysłem Katechizmu Kościoła Katolickiego w uporządkowany sposób przeprowadzi ich przez (I) treść naszej wiary, (II) świadome uczestnictwo w Chrystusie przez życie sakramentalne, (III) logikę życia moralnego w Chrystusie oraz (IV) sens i praktykę osobistej modlitwy. Z tych czterech punktów zwykli katolicy skłonni są gorliwie wykonywać niezbędne rytuały (II), choć bez zagłębiania się w ich znaczenie, wiarę (I) znają szczątkowo, znają niektóre przykazania, ale nie widzą w tym więcej całościowej logiki (III), a modlitwy osobistej prawie nie praktykują (IV). Wszystkie braki w katechezie wypełnione są za to po brzegi przez kulturę popularną.
Rozum, emocje, wiara
Co jest zatem w kulturze popularnej takiego, co może doprowadzić katolików do porzucenia Kościoła? Dwa problemy szczególnie przebijają z opisanych historii. Z jednej strony wszystkie postacie są silnie pociągnięte przez pewną intelektualną przejrzystość, prostotę, racjonalność nauczania, z którym się stykają. Z drugiej strony doświadczają silnych emocjonalnych przeżyć związanych z Bogiem i te przeżycia stają się dla nich argumentem dla obrania nowego kierunku w ich życiu religijnym. Można powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia z kwestią stosunku rozumu i emocjonalności do wiary.
Nasza kultura wyznaje kult rozumowej prostoty: jeśli czegoś nie da się ująć w postaci krótkiego przekonującego hasła, to nie jest rozumowo prawdziwe. Jeśli coś wymaga ciągu rozumowania, to najprawdopodobniej kryje się w tym jakiś podstęp, a prawda musi być prostsza. Jeśli opisani wyżej katolicy nie mają możliwości zrozumieć swej wiary w jej złożoności tak, by ogarnąć jej wszechstronność, a w zamian mają dostęp tylko do pozornie nie przystających do siebie części, propozycja protestancka będzie z natury do nich przemawiać właśnie ze względu na jej prostotę. Wystarczy Biblia i odczytywane dosłownie wersety, by poznać prawdę i według niej żyć. Ta skłonność do redukcjonizmu, czyli sprowadzania wszystkiego do najprostszych wystarczających twierdzeń, prześladuje dzisiaj różne dziedziny życia. W ten sposób wielu wydaje się, że mogą być własnymi lekarzami – wystarczy, że zastosują się do kilku prostych zasad dbałości o zdrowie. W ten sposób również zawsze większą popularnością będzie cieszyć się polityk, którego rozwiązanie toczących państwo problemów jest pozornie proste, niż ten, który odważy się mówić głośno, że sprawa jest bardziej zniuansowana.
Tymczasem prawda nie jest ani prosta, ani skomplikowana z natury, ale czasem bywa taka, a czasem taka. Jednak zarówno protestantyzm, jak i nasza współczesna kultura wyrastają z podobnej fałszywej intuicji, że prawda nie dość, że musi być prosta, to jeszcze musi być naturalnie zrozumiała dla zwykłego człowieka. W ten sposób Maciek, Ela i Tomasz znajdują w ewangelikalizmie prostą odpowiedź, tak różną od tego, z czym się dotąd spotykali w Kościele. Intuicyjnie sądzą, że ta prosta odpowiedź – czy to w kwestiach wiary, czy moralności – musi być prawdziwa. Nie wiedzą jednak, że ich intuicje nie są naturalne i bezwzględnie oczywiste, ale uformowane przez kulturę, która usposabia ich filozoficznie przeciwko katolicyzmowi.
Emocje odgrywają szczególną rolę dla Eli, chociaż i Maciek traktuje swoje wewnętrzne przeżycie jako punkt odniesienia dla swych przemyśleń. Oboje zdają się nie mieć najmniejszych podejrzeń co do tego, czy ich emocje w ogóle mogą stanowić taki właśnie papierek lakmusowy. Dzieje się tak dlatego, że nasza kultura generalnie mówi nam, że nasze odczucia nie mogą się mylić, że kiedy słuchamy ich, to uzyskujemy dostęp do ostatecznej prawdy. Szczególnie widoczne jest to w różnych dyskusjach na temat moralności, w których ludzkie uczucia są ostateczną miarą tego, co jest słuszne. Nie mówi się o tym, że prawda jest obiektywna oraz że czasami (a czasami dość często) trzeba zignorować emocje i za sprawą wysiłku woli podporządkować się prawdzie. Ela i Maciek nie zdają sobie sprawy z tego, że ich doświadczenie może mieć różne źródła, w tym wiele czysto ludzkich (psychologiczne, społeczne itd.), ani z tego, że można je zinterpretować na wiele sposobów. Raczej mimowolnie przyjmują naukę protestantów, wśród których się znaleźli i swoje doświadczenie biorą za znak uwiarygadniający ich naukę. Często, gdy takim osobom jak Ela i Maciek próbuje się wyjaśnić błąd nowopoznanej przez nich nauki, ich ostatecznym argumentem pozostaje realność ich przeżycia, jest to rzecz, której nie mogą już przeskoczyć. W pewnym stopniu to zrozumiałe (podobnie jak osobie o głębokiej urazie do kogoś trudno pokonać tą zadrę i spojrzeć na rzecz obiektywnie), jednak to właśnie nasza popularna kultura położyła w nich podwaliny pod tę niemożność zdystansowania się do swoich emocji i traktowanie ich jako przesłanki w rozsądzaniu prawdy.
Jest tutaj kolejna wielka dziedzina szczególnie domagająca się troskliwej katechezy i duszpasterstwa. W naszym niby racjonalnym, niby rozemocjonowanym współczesnym świecie, katolicy potrzebują szczególnie wyraźnego wyjaśnienia tego, jak traktować rozum i emocje w stosunku do wiary. Z jednej strony oznacza to, że trzeba zwłaszcza młodym katolikom ukazywać piękno rozumowej złożoności wiary. Często postrzegają oni to skomplikowanie jako niepotrzebny balast, tym cięższy, że wydaje się nie przekładać ostatecznie na żadną osobiście doświadczaną wartość. Wobec tego wrażenia redukcjonizm i bezpośredniość zasady sola scriptura będą niezwykle atrakcyjne. Tymczasem złożoność naszej wiary ma dwa niesamowicie istotne, właśnie atrakcyjne aspekty. Po pierwsze, powinno się ją widzieć jako bogactwo, niezwykły skarbiec, skomplikowaną, majestatyczną konstrukcję wzbudzającą zachwyt w równym stopniu, co złożoność natury i Wszechświata. W tym aspekcie niezwykle ważne jest, by dać katolikom wskazówki, w jaki sposób ten złożony depozyt wiary odczytywać, jak się po nim poruszać, by co raz wydobywać z niego ożywiające osobistą wiarę prawdy. Po drugie, trzeba umieć przekazać katolikom doświadczenie tajemnicy, która leży u źródeł skomplikowania rozumowego naszej wiary. Wiara katolicka jest złożona, ponieważ wyrasta z niewyczerpanej tajemnicy Boga. Jest zatem w tej złożoności posmak przygody, odkrycia, podziw dla niezgłębionego. Złożoność wiary okazuje się być emanacją osobistego doświadczenia tajemnicy objawionego Boga, a nie wynikiem suchej, quasi-naukowej spekulacji. Nie każdy może być astrofizykiem, ale każdy lubi patrzeć w gwiazdy i nauczanie wiary powinno być jak wskazywanie drogi do jak najowocniejszej kontemplacji chrześcijańskiego nieboskłonu teologii.
Tutaj zbliżamy się zaś do kwestii emocji. Otóż pomijając już sprawę błędnego kierowania się emocjami, katolicy nawet zazwyczaj nie wiedzą, że emocjonalność można i należy formować. Słyszą być może o tym w telewizji od psychologów, ale bardzo mało się mówi o tym w Kościele. Istnieje za to wiele wspólnot w Kościele, które bazują na emocjonalnym religijnym rozbudzeniu swoich członków, ale nie podchodzą w ogóle do problemu emocji krytycznie. Tymczasem emocje w życiu religijnym mogą odgrywać zarówno pozytywną jak i negatywną rolę i nie są z natury właściwie ukierunkowane. Może się wydawać, że jeśli ktoś przeżywa coś głębokiego w adoracji Najświętszego Sakramentu, co przywiązuje go do obecnego w nim Chrystusa, to nie ma się co wtrącać i należy go zostawić w spokoju. Pewnego dnia może jednak trafić pomiędzy ewangelikalnych chrześcijan jak Maciek i wtedy nie będzie wiedział, że to, co wśród nich przeżyje, nie jest miarą słuszności ich nauczania. Wtedy jednak będzie już za późno, ponieważ nikt nigdy nie wyłuszczył mu, jaką dokładnie rolę odgrywają emocje w życiu wiary. Tymczasem zaś odgrywają one rolę wspomagającą – powinny podążać za wolą, która z kolei podporządkowuje się przyjętej rozumem i sercem prawdzie. Te rzeczy mogą wydawać się oczywiste, gdy się o nich pomyśli, jednak wielu katolików nie ma okazji spotkać się z takim wyłożeniem spraw wprost.
Być samemu sobie papieżem
Do tej pory niewiele się odnieśliśmy do historii Tomasza. Z jednej strony reprezentuje on pewien charakterystyczny typ katolika, który uważa, że wie lepiej, niż Kościół. Nie jest niedoinformowany, zna nauczanie Kościoła w jakiejś kwestii, ale ma własne zdanie i to zdanie uważa świadomie za ważniejsze, niż zdanie Kościoła. Taką indywidualistyczną, krytyczną wobec autorytetu postawą wykazują się różni ludzie. Z drugiej strony w epoce Internetu niektórzy z nich znajdują jeszcze silniejsze umocowanie dla swojego stanowiska w tym, że wydaje im się, że sami mogą z większą pewnością poznać prawdę na jakiś temat bez pośrednictwa autorytetu, a ściślej rzecz biorąc sami sobie wybierają autorytety. Często nie posiadając odpowiednich narzędzi intelektualnych, by ocenić materiały, z którymi wchodzą w kontakt w Internecie, dają wiarę wątpliwym źródłom. W pewnym sensie takie osoby można winić za ich pychę, ale prawdą jest również to, że niewiele mówi się katolikom na temat tego, z czego rzeczywiście czerpać swoją wiedzę, jeśli się jej szuka, jak również jakie są niebezpieczeństwa czerpania tej wiedzy z Internetu. Ponieważ ta „internetowa samodzielność” jest zjawiskiem nowym, najbardziej uderza w młodych i tym ważniejsze jest, by przedsięwziąć środki mogące zapobiec popadnięciu w taką religijną pychę najbardziej narażonym.
Mamy tutaj jednak do czynienia nie przede wszystkim z pewnym brakiem w Kościele, który wystawia wiarę katolików na próbę, ale z pokusą odpowiadającą na braki w naszym charakterze. Jeśli obserwujemy w sobie to, że mamy skłonność do „własnego zdania”, że w ogólnie uważamy się w jakichś kluczowych, zwłaszcza moralnych, kwestiach za mądrzejszych, jesteśmy narażeni na podążenie drogą Tomasza z naszej historii. Wielu katolików wcześniej odnalazło swoje miejsce w protestantyzmie właśnie dlatego, że wreszcie mogli nieskrępowanie zawierzyć się własnej opinii pod pretekstem zasady sola scriptura. Naturalnie nasza kultura znowu buduje w nas fałszywe poczucie autonomii i przygotowuje grunt pod to, że w chwili kontaktu z ideami protestanckimi możemy stać się swoim własnym „papieżem”. Dlatego trzeba strzec przede wszystkim siebie przed podążeniem tą drogą religijnej autonomii.
Biblia po katolicku czytana
Tym, co wielu katolików pociąga z kontakcie z ewangelikalnymi chrześcijanami jest to, że nie dość, że znają Biblię na wylot, to jeszcze jest ona zawsze bliska ich życiu duchowemu i nie tylko. Ewangelikalizm staje się dla katolików niezwykle atrakcyjny przede wszystkim dlatego, że wprawdzie Kościół nauczył ich wielkiego szacunku i miłości do Biblii, ale poniósł klęskę w zaznajomieniu ich z nią, w wyjaśnieniu, jak Pismo Święte uczynić częścią swojego życia. Ewangelikalni protestanci są pierwszymi, którzy przedstawiają takim katolikom jakikolwiek program wcielenia Pisma Świętego w życie i poświadczają słuszność tego programu własnym doświadczeniem. Ewangelikalizm jako pierwszy zatem dociera do katolików z całościową narracją o miejscu Biblii w życiu chrześcijanina i Kościół może już tylko nieskutecznie próbować przedstawić kontrpropozycję. Tymczasem, gdyby katolicy otrzymywali całościową wizję odpowiedniego odczytywania i wcielania Pisma Świętego od Kościoła, mogliby być zaszczepieni na wizje konkurencyjne. Kościół pokłada zbyt mało wiary w możliwości intelektualne i duchowe swoich dzieci, nie stawiając przed nimi ambitnych, ale przemawiających do serca i rozumu wyzwań. Innymi słowy, nie traktuje poważnie katolików, jednak w naszym świecie, w którym większość z nas ma dostęp do przepastnych zasobów wiedzy i niezliczonych wprost zjawisk, prędzej czy później ci sami katolicy napotkają kogoś, kto potraktuje ich poważnie, kto powie im, że skoro Pismo Święte jest takie wspaniałe i natchnione przez Boga, to powinien dorosnąć do pełnego jego poznania i praktykowania. I katolik, który kocha Boga, to uczyni, jednak przyswoi sobie błędne sposoby odczytywania Biblii, a za tym również i błędne nauki.
Katolicy, stając się ewangelikalnymi protestantami, stają na wysokości zadania, gdy chodzi o ugruntowywanie swojej wiary w oparciu o Pismo Święte. A przecież gdyby dać im możliwość zrozumieć kościelne metody interpretacji, z równym sukcesem mogliby rozumieć Biblię po katolicku. Zazwyczaj jednak mają do czynienia tylko z wyrwanymi fragmentami, które mają dowodzić katolickich prawd wiary i gdy ktoś przedstawi im kontrfragment lub alternatywną ich interpretację są bezsilni, bo nie posiadają całościowej wizji przesłania Pisma Świętego, jak pokazują losy różnych katolików przystępujących do zborów protestanckich. Tymczasem katolicy są zdolni taką wizję wchłonąć, trzeba jednak dać im taką możliwość.
Płynąć pod prąd
Wiele jeszcze rzeczy można by w naszych historiach skomentować. Ciekawe na przykład jest to, jak wielu katolików pociąga w ewangelikalnych zborach profesjonalna muzyka – to nawet nie jest sprawa typu muzyki, ale sam fakt profesjonalizmu. Wystarczy pomyśleć sobie na jakim poziomie stoi muzyka w naszych kościołach parafialnych – czy jest to muzyka, której przyszedłby posłuchać nawet człowiek niewierzący ze względu na samą perfekcję wykonania? Piękno naturalnie rezonuje z wrażliwością człowieka, a katolicy minionych wieków doskonale o tym wiedzieli. Warto i o tym pomyśleć.
Przede wszystkim naprawdę należy sobie zdać sprawę z tego, że kultura, która nas od dzieciństwa katechizuje, nie pozostaje bez wpływu na nasze religijne wyobrażenia. Ma ona rysy niezwykle zbieżne z protestantyzmem, wywodząc się z tych samych filozoficznych i cywilizacyjnych źródeł. To ona uczy nas indywidualizmu, który zamyka nas na niezbędność Kościoła. To ona uczy nas egalitaryzmu i demokratyzmu, które każą nam pogardzać hierarchią i autorytetami. To ona wpaja nam do głów materializm i scjentyzm, przez które tzw. dosłowne odczytywanie Pisma Świętego wydaje nam się bardziej oczywiste niż subtelniejsza alegoria. To ona nęci nas ideą nieomylnej osobistej intuicji, przez którą mamy być sami nieomylnymi sędziami wszelkiej prawdy. Jak zostać protestantem? Wystarczy się temu wszystkiemu poddać, pozwolić, by to mimowolnie kształtowało nasze wyobrażenia i odruchy. Jak pozostać katolikiem? Trzeba włożyć w to wolę i wysiłek intelektualny, by swoją wiarę naprawdę zrozumieć, przezwyciężywszy opór kultury.
