Pewien ksiądz zapytał mnie kiedyś, czy dobry katolik może być terapeutą. Odpowiedź może być tylko jedna: tak, może. No ale nie oszukujmy się, tak mi redaktor naczelny artykułu nie puści. Spróbuję więc przyjrzeć się tematowi szerzej.
Dobry katolik to – w moim rozumieniu – ktoś, kto oprócz deklarowania wiary, przekuwa ją na czyny. Nie tylko, choć przede wszystkim, uczestniczy w sakramentalnym życiu Kościoła, ale też żyje Ewangelią na co dzień. W związku z tym każdy może być dobrym katolikiem. Nie będę tu wchodzić w rozważania teologiczne, bo nie są one potrzebne. Taka definicja na potrzeby tego tekstu będzie wystarczająca.
O tym, kim jest i jaki powinien być terapeuta, już nie tak prosto napisać.
Terapeuta to ktoś, kto towarzyszy pacjentowi w procesie zdrowienia. W różnych nurtach to towarzyszenie inaczej wygląda. Czasem jest bardziej ingerujące, czasem bardziej wycofane. Osobiście bardzo podoba mi się określenie terapeuty jako lustra, w którym przegląda się pacjent. Aby takim lustrem być, sam musi być niewidoczny. Nie może na lustrze tworzyć rys czy przesłaniać obrazu sobą. Dlatego też terapeuci muszą swą pracę poddawać superwizji, czyli ocenie kogoś mądrzejszego i bardziej doświadczonego.
Terapeuta powinien znać swoje granice, wiedzieć, kiedy zrezygnować z prowadzenia terapii. Musi znać siebie, rozpoznawać swoje stany emocjonalne, wiedzieć, kiedy sam potrzebuje wsparcia i pomocy.
Kolejną nieodzowną cechą jest umiejętność współodczuwania, aby mógł razem z pacjentem przeżywać emocje. Jednak tu pojawia się kwestia granic. Jeśli terapeuta nie zna swoich granic, może w tym współodczuwaniu zlać się z pacjentem i przestać mu pomagać. Utrata dystansu nie wróży dobrze terapii.
Musi być otwarty na pacjenta, na jego przeżycia i doświadczenia. Na jego spojrzenie na świat, ale też na swoje przeżycia związane z tym, co się na terapii dzieje.
Powinien być cierpliwy, wrażliwy, ale nie zanadto, dostępny emocjonalnie, opanowany, stanowczy, przenikliwy, komunikatywny, dobrze wykształcony i wciąż pogłębiający swoją wiedzę.
Wydaje mi się, że powinien być też pokorny i kochający. Pokorny, żeby mógł uznać przede wszystkim swoją wiedzę i umiejętności oraz niewiedzę i nieumiejętności, a kochający, żeby mógł przyjąć pacjenta z dobrodziejstwem jego inwentarza oraz postawić jasne granice w terapii.
Oczywiście katalog cech terapeuty mógłby się nie kończyć. Sądzę, że każdy pacjent ma własne oczekiwania w tym temacie. Tu jednak się zatrzymam w tym opisie.
Na pierwszy rzut oka (i drugi też) widać, że wszystkie wymienione przeze mnie cechy terapeuty powinny być pożądane przez wszystkich. Również przez katolików. Niektóre z nich są nawet nazywane darami Ducha Świętego. Jeśli wrócimy więc do pytania z tytułu, to odpowiedź wciąż pozostaje ta sama. Tak, dobry katolik może być terapeutą. Co więcej, dobry katolik może być dobrym terapeutą.
Ale… Według mnie z tym tematem wiąże się inna, być może ważniejsza kwestia. Czy katolik powinien chodzić wyłącznie do terapeuty katolickiego? Czy tylko katolicki terapeuta zapewni mu odpowiednią pomoc?
W mojej opinii, choć nie tylko mojej, system wartości czy wierzeń terapeuty nie ma znaczenia. Postaram się pokrótce wyjaśnić, dlaczego.
Jeśli spojrzymy na terapeutę jak na lustro, w którym odbija się pacjent, to system wartości czy wiara terapeuty może być właśnie ową rysą na lustrze, która zniekształca obraz.
Wyobraźmy sobie sytuację, że do terapeuty-katolika przychodzi homoseksualny pacjent. Aktywny seksualnie. Z objawami depresji. Jego orientacja nie jest dla niego problemem. Dla katolika jasne jest, że ów człowiek musi zrezygnować z aktywności seksualnej, wyspowiadać się i żyć w czystości. A dla terapeuty? Jeśli ów człowiek pogodzony jest ze swoją orientacją, to zajmuje się przyczynami objawów depresyjnych. I tylko tym. Nie kieruje ocen moralnych, nie nawraca pacjenta. Leczy to, z czym ten się zgłosił. Jeśli nie odwiesi na kołek swojej wiary na czas sesji, może dojść do sytuacji, w której będzie widział tylko grzech pacjenta, a nie jego problemy.
Niestety, i piszę to z dużym smutkiem, duża część terapeutów chrześcijańskich zapomina o tym, że obowiązuje ich kodeks etyczny psychoterapeuty i zaczynają nawracać i ewangelizować. A to jest niedopuszczalne.
We wspomnianym kodeksie psychoterapeuty możemy między innymi przeczytać: „Terapeuta nie ma prawa wydawać ocen moralnych ani kierować się zasadami ideologii politycznej. Psychoterapeuta ma obowiązek powstrzymać się od działań wynikających z wszelkich uprzedzeń rasowych, religijnych, narodowościowych oraz z jego stosunku do płci, wieku i orientacji seksualnych pacjenta, zarówno w toku terapii, jak i w swoim życiu zawodowym. Terapeuta nie może jednak legitymizować zachowań będących przestępstwem w rozumieniu kodeksu karnego czy kodeksu rodzinnego (np. przemocy fizycznej bądź seksualnej w rodzinie)”.
Ktoś może wysunąć zarzut, że ów kodeks nie jest aktem prawnym sensu stricto. I to prawda. Jednak każdy psychoterapeuta zobowiązuje się go przestrzegać.
Terapeuta decydując się na ten zawód, decyduje się też na, niejako, zawieszanie na czas sesji swoich prywatnych poglądów czy wartości. Mówi się, że terapeuta pracuje sobą, swoimi emocjami, myślami, doświadczeniami, fantazjami, ale nie może stawiać siebie przed pacjentem. Nie może go zasłaniać.
Kolejnym argumentem przeciw konieczności leczenia się katolika u katolickiego terapeuty jest to, jaki ów terapeuta powinien być. Powyższa lista cech wyklucza sytuację, w której
o wyborze terapeuty decyduje jego religia. To by oznaczało, że buddyści mogą chodzić tylko do buddystów, ateiści do ateistów itd. Terapeuta ma być otwarty na pacjenta. Na całego pacjenta, a nie tylko na jego wybraną część – tę, z którą jest mu wygodnie i po drodze.
Często słyszę argument, że terapeuta-nie-katolik powie, że seks przedmałżeński jest w porządku, albo uzna wiarę w Boga za wyraz czy element zaburzeń. Jeśli terapeuta, jakikolwiek, próbuje wpływać na system wartości lub przekonania swojego pacjenta, to po prostu musi się douczyć. Gdzieś w procesie szkolenia czegoś nie dopatrzono. I dotyczy to również katolików. Bo pacjenci nie przychodzą po to, żeby im przemeblować system wierzeń. Przychodzą, bo cierpią psychicznie. I pragną uzyskać pomoc w sferze psychicznej.
Innym argumentem za leczeniem się przez katolików u wierzących terapeutów jest to, że taki terapeuta będzie mógł doradzić czy lepiej zrozumieć dylematy związane z wiarą. Problem
w tym, że to nie jest jego zadanie. Jeśli boli mnie brzuch i podejrzewam, że mam zapalenie wyrostka robaczkowego, to nie idę do księdza czy psychologa. Jeśli mam kłopot z wiarą, to nie idę do chirurga czy terapeuty. Jeśli mam problem z psychiką, to idę do specjalisty w tej dziedzinie. I nie ma znaczenia czy ma on podobny pogląd na świat, bo terapeuta ma mieć przede wszystkim wiedzę na temat działania ludzkiej psychiki.
Mam różnych pacjentów. Niektórzy są wierzący, niektórzy nie. Czy mam tych niewierzących wyrzucić, bo nie podzielają mojego spojrzenia na świat? Gdyby moja wiara wpływała na moje umiejętności pomocy, byłabym po prostu kiepskim terapeutą.
Kwestie psychiki i jej leczenia są niezwykle delikatne. Trzeba, aby zajmowali się nimi ludzie, którzy sami są na tyle poukładani, żeby umieli oddzielić siebie od swoich pacjentów.
