adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Bramy piekielne go nie przemogą

magazine cover

Pixabay

Faktem jest, iż w czasach współczesnych Kościół Katolicki znalazł się w pewnym kryzysie. Winnica Pańska nie dość, że jest celem licznych ataków z zewnątrz, musi się zmagać również z problemami wewnętrznymi. Nie dziwi więc, że wielu katolików spogląda w przyszłość z trwogą, rysując sobie przed oczyma najczarniejsze wizje rozwoju wypadków. Czy jednak Kościół Boży może upaść? Czy jest możliwy taki kataklizm, który zmiecie święty Kościół Katolicki z kart historii? Pismo Święte, nauczanie Kościoła, a przede wszystkim dotychczasowe dzieje ludzkości odpowiadają jasno: NIE.

Rozpoczynający się właśnie adwent, jak co roku przypomina nam o naszym powołaniu do nadziei. Nadzieja nie jest tylko uczuciem czy stanem ducha – Kościół przedstawia ją bowiem, obok wiary i miłości, jako cnotę kardynalną, którą należy w sobie pielęgnować. Szczerze wierzący katolik posiada racjonalnie uzasadnioną nadzieję w wielu różnych obszarach: z nadzieją prosi Boga o rozmaite łaski, przyzywa wstawiennictwa świętych, oczekuje dnia sądu ostatecznego, a także troszczy się o dobro Kościoła i głosi Dobrą Nowinę. W obecnych czasach szczególnie ciężko jest patrzeć z nadzieją na Kościół, bowiem jak wspomniano we wstępie, znalazł się on w kryzysie. Mamy do czynienia ze spadkiem liczby wierzących w Chrystusa czy powołań kapłańskich i zakonnych. Wiara bardzo wielu katolików jest oparta na kruchych podstawach, a prawdy wiary są słabo znane wśród jego członków, a nawet kapłanów. W tej sytuacji nie dziwi fakt, iż nauczanie Kościoła jest niejednokrotnie rozmywane i przeinaczane, co prowadzi do wypaczeń i licznych błędów, które zwiodły nie tylko wielu wiernych, ale także część duchowieństwa, a nawet biskupów i kardynałów. Co więcej, katolicy są w wielu państwach torturowani i mordowani, podczas gdy w innych (uważających się za bardziej „cywilizowane”) wsadza się ich do więzień bądź odbiera im dzieci. Skąd w tej sytuacji brać nadzieję na nadejście „wiosny Kościoła”, która „odnowi oblicze tej ziemi”? Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy najpierw przypomnieć, czym tak naprawdę jest Kościół.

Królestwo Niebieskie na ziemi

Nie da się zrozumieć Kościoła, jeśli odrzuca się całkowicie jego metafizyczne, nadprzyrodzone źródło i cel. Kościół został powołany przez Boga, który będąc Miłością stworzył na swój obraz i podobieństwo człowieka, od początku powołanego do uczestnictwa w życiu Stwórcy. Człowiek, jako istota obdarzona wolną wolą, a jednocześnie z natury niedoskonała, nie potrafił jednak uszanować woli Stwórcy i świadomie okazał mu nieposłuszeństwo, czyli zgrzeszył. Zerwanie przymierza z Bogiem wprowadziło na świat nieporządek i oddaliło ludzi od Stwórcy. Dlatego Bóg zesłał na świat swojego Syna, aby złożył doskonałą ofiarę za grzechy ludzkości oraz założył Kościół – „Królestwo Niebieskie na ziemi” (KKK 763), przez które realizować się będzie Komunia ludzi z Bogiem. Tworzenie Kościoła rozpoczęło się od „małej trzódki” (Łk 12,32) – dwunastu Apostołów, odzwierciedlających dwanaście pokoleń Izraela, poprzez które Bóg przygotował ludzkość na nadejście Chrystusa.

Objawienie Bożych zamysłów dotyczących Kościoła nastąpiło w chwili przekazania ziemskiego zwierzchnictwa nad nim św. Piotrowi. Jezus wypowiedział wówczas następujące, historyczne słowa: „Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”(Mt 17,18). Od tej chwili możemy mówić o historii Kościoła Katolickiego jako instytucji, znanej wszystkim i pojmowanej w czysto ludzki sposób. „Przede wszystkim jednak Kościół narodził się z całkowitego daru Chrystusa dla naszego zbawienia” (KKK 766). Dokonało się to w czasie Ostatniej Wieczerzy, kiedy to Jezus ofiarował swoje najświętsze Ciało i Krew jako duchowy pokarm, którego spożywanie prowadzi do Komunii z Bogiem oraz dzień później na Krzyżu, gdy to samo Ciało i Krew ofiarował za odkupienie naszych win. Święty Ambroży ujął to niezwykle celnie w słowach: „Jak Ewa została utworzona z boku śpiącego Adama, tak Kościół narodził się z przebitego serca Chrystusa, który umarł na krzyżu”. Co więcej, już na Golgocie Jezus w szczególny sposób powierzył „małą trzódkę”, uosobioną przez św. Jana Ewangelistę, pod opiekę swojej Matki, czyniąc Maryję tym samym Matką Kościoła. „Oto Matka Twoja” (J 19,27) – to słowa skierowane do każdego z nas.

„Kiedy zaś dopełniło się dzieło, którego wykonanie Ojciec powierzył Synowi na ziemi, zesłany został w dzień Zielonych Świąt Duch Święty, aby Kościół ustawicznie uświęcał i aby w ten sposób wierzący mieli przez Chrystusa w jednym Duchu dostęp do Ojca” (Lumen Gentium, 4). W ten sposób Kościół, powołany przez Boga Ojca i stworzony na ziemi przez Chrystusa, został następnie ukazany światu przez Ducha Świętego, który kieruje wspólnotą ludu Bożego poprzez rozmaite dary i charyzmaty. Głęboko wierzymy, że Duch Święty prowadzi Kościół Katolicki przez kolejne stulecia, przemawiając przez duchowieństwo i biskupów (na czele z papieżem) oraz stanowiąc natchnienie dla świętych i błogosławionych. W ten sposób Kościół czeka dnia powtórnego przyjścia Chrystusa na świat, kiedy to zazna wypełnienia w Królestwie Niebieskim. Do tego czasu musi jednak przejść przez wiele prób i prześladowań, jak to zapowiedział starzec Symeon w proroctwie po ofiarowaniu Jezusa w świątyni: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą” (Łk 2, 34). Prześladowania i ataki nie mogą zniszczyć Kościoła, ponieważ nikt ani nic nie jest w stanie zniszczyć prowadzącego go Boga, ale obniżają jego skuteczność misyjną oraz nauczycielską.

Mała Trzódka i wilki

Początek historii Kościoła Katolickiego był zarazem początkiem historii jego prześladowań. Przez niemal dwa tysiące lat Szatan nie próżnował i podpuszczał coraz to nowe grupy ludzi do atakowania Winnicy Pańskiej. Ataki te oczywiście nie są w stanie zniszczyć Kościoła jako instytucji, ale mają na celu utrudnianie jego posłannictwa – prowadzenia dusz ku niebu. Wszyscy ci, którzy odwracają się od Kościoła – czy to za podszeptem złego, który we własnej pysze uznają za głos rozsądku, czy zbałamuceni antyklerykalną postawą innych ludzi – schodzą bowiem ze ścieżki zbawienia, a to właśnie jest największym zwycięstwem, jakie Szatan może odnieść. Dlatego stosuje on przeciw Kościołowi szeroki arsenał grzechów, w którym poczesne miejsce zajmuje kłamstwo – oczywiście w wielu postaciach, dopasowanych do różnego rodzaju ludzi – oraz pycha. Pycha, zamykająca oczy człowieka na potęgę Bożej miłości, doprowadza w końcu człowieka do postawienia siebie w miejscu Boga. Wówczas dużo łatwiej jest nie tylko świadomie kłamać, ale przede wszystkim bezkrytycznie przyjmować kłamstwa jak „własną prawdę”. Człowiek zniewolony pychą nie jest bowiem zdolny do trzeźwej oceny faktów i intelektualnej uczciwości, ale przewrotnie interpretuje (a wręcz nagina) rzeczywistość tak, aby pasowała ona do jego przekonań. Właśnie w ten sposób doszło do rozpowszechnienia licznych mitów na temat Kościoła (na czele z wyssanymi z palca „milionami zabitych przez inkwizycję”, „plagą pedofilii” czy „bogactwem kleru”); ten sam mechanizm stał u źródeł większości starożytnych herezji, schizm, a także reformacji. Drugą groźną bronią Szatana jest przekonywanie, że sprawy religijne są mało istotnym aspektem życia człowieka. Tę karkołomną tezę uwiarygodniają ziemskie „cuda” – bogactwo, władza, rozrywka, sława. Oczywiście, wszystkie te rzeczy są potrzebne i dobre – jednak same z siebie nie są w stanie dać szczęścia, a próba zastąpienia nimi Boga nieodmiennie prowadzi do zniewolenia, sprowadzając człowieka do poziomu zwierzęcia. To tłumaczy, dlaczego Kościół od zawsze miał wielu wrogów wśród osób wpływowych i bogatych, ale także dlaczego jest często obiektem ataku ze strony osób określających się jako „obojętne religijnie”.

Jak już wspomniano, Kościół był celem prześladowań od samego początku swojego istnienia. Pierwszy atak na powstającą dopiero wspólnotę podjęli żydowscy arcykapłani tuż po zmartwychwstaniu Jezusa, co zostało opisane w Ewangelii (Mt 28, 11-15). Warto pochylić się nad tym fragmentem, gdyż obrazuje on pewne schematy, które po dziś dzień są wykorzystywane w niezmienionej formie do walki z Kościołem. Otóż arcykapłani powiadomieni o powstaniu Jezusa z martwych dają straży następujący rozkaz: „Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu”. Cóż tu widzimy? Przede wszystkim wspomniane powyżej pychę i kłamstwo. Fakt, iż arcykapłani wydali rozkaz rozpowszechniania fałszywych informacji nie jest tu jednak najgorszy. Podstawowy problem stanowią motywy decyzji, pomimo świadomości jej konsekwencji. Po pierwsze – arcykapłani nie zadali sobie trudu zweryfikowania, co tak naprawdę się wydarzyło. Prawdopodobnie opowieść przedstawiona przez strażników była jednak mocno przekonująca, skoro rada zdecydowała się przekupić ich dużą ilością pieniędzy, aby jej nie rozpowiadali (Mt 28, 12). Jednak nawet jeśli arcykapłani nie byli osobiście przekonani co do prawdziwości zmartwychwstania Chrystusa, nie posiadali przesłanek do definitywnego odrzucenia tego faktu. Dlaczego zatem tak im zależało, aby jak najszybciej przekazać ludziom wersję wydarzeń, która według ich stanu wiedzy była najprawdopodobniej nieprawdziwa? Po pierwsze – do głosu doszła pycha, każąca rozprawić się z zagrożeniem dla ich władzy, jakim niewątpliwie był zmartwychwstały Chrystus. Po drugie – postawili sprawy doczesne (władza) ponad wiecznymi, co zamknęło im oczy na konsekwencje podjętej decyzji (sprowadzenie z drogi zbawienia nie tylko siebie, ale również wszystkich tych, którzy uwierzą w nieprawdziwą wersję wydarzeń). Po trzecie – zło jak zwykle zadziałało szybko, nie dając czasu na opamiętanie i choćby chwilę zastanowienia. Wisienką na tym gorzkim torcie jest zapewnienie pomocy w razie kłopotów z namiestnikiem. Zło zawsze daje namiastkę bezpieczeństwa, a problemy wynikłe z jednego kłamstwa wydają się być rozwiązywalne za pomocą innego. Jest to oczywiście ułuda – zło, będące źródłem wszystkich ziemskich problemów, można pokonać jedynie poprzez zwrócenie się do Boga. Arcykapłani mogli więc obiecać strażnikom pomoc w razie problemów w życiu zawodowym, ale równocześnie zawiedli w obszarze religijnym, który teoretycznie był polem ich działania, gdyż ustawili ich w opozycji względem Kościoła, sprowadzając z drogi zbawienia.

Oczywiście działania arcykapłanów nie doprowadziły do zniszczenia Kościoła, który od tamtej pory zaczął się rozwijać i rozrastać po całym świecie. Fakt, iż „mała trzódka” przerodziła się w potężną, ogólnoświatową instytucję, która pomimo dwóch tysięcy lat prześladowań i wielu kryzysów wciąż trwa i ma miliony członków na wszystkich kontynentach może wydawać się niezwykły. Jest on jednak takim jedynie dla osób patrzących na Kościół Katolicki w sposób światowy, odrzucających nadprzyrodzony charakter Bożej Owczarni i traktujących go właśnie jako instytucję. Dla człowieka wierzącego fakt, iż Kościół od wieków radzi sobie z wewnętrznymi i zewnętrznymi problemami jest naturalną konsekwencją celu jego powołania i prowadzenia przez Boga w Trójcy jedynego, zaś długa lista tych, którzy bezskutecznie próbowali zniszczyć Kościół tylko dodaje nadziei i otuchy w trudnych dla Owczarni chwilach. Prześladowania w starożytnym Rzymie, kryzys ariański (w czasie którego w pewnym momencie ponad połowa duchowieństwa katolickiego popadła w herezję), islam, schizma, sekty neomanichejskie (np. albigensi), rewolucja protestancka, rozwój liberalizmu i rewolucja francuska, socjalizm czy wreszcie modernizm i wynikający z tego współczesny kryzys Kościoła – to hasła przypominające o trudnej, ale zawsze zwycięskiej historii Bożej Owczarni. Z całą pewnością nie inaczej będzie i w przypadku obecnego kryzysu.

Walczcie o ich zbawienie!

Dobrze – zapyta ktoś – ale dlaczego w tekście o nadziei aż tyle miejsca zajmuje opis kryzysów i prześladowań Kościoła? Czy to ma dodać czytelnikowi nadziei na pomyślny rozwój Królestwa Bożego na ziemi? Cóż… Nadzieją Kościoła zawsze był, jest i będzie Bóg, który wspomaga swoją Owczarnię na różne sposoby, a najczęściej za pomocą świętych, przez których jest ona nieustannie odnawiana i pielęgnowana. Kościół pokłada więc swoją nadzieję w wiernych, którym sprawy Bożej Trzody nie są obojętne i które gorąco chcą zrobić dla niej coś dobrego; wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jedną z takich osób jest [tu wstaw swoje imię i nazwisko]. Tak, Droga Czytelniczko / Drogi Czytelniku: to nie przypadek, że posiadasz takie, a nie inne zainteresowania oraz (być może jeszcze częściowo nieodkryte) zdolności. Owszem, nie znam Cię, ale co do jednego jestem przekonany: Twoja osobowość i talenty zostały ukształtowane przez Boga w konkretnym celu – głoszenia wiary i obrony Jego Kościoła takimi sposobami, na jakie pozwalają Twoje możliwości. To właśnie chcę Ci powiedzieć w tym tekście: tak, Kościół jest niezniszczalny, ale nie zwalnia nas to z obowiązku troski o niego – najważniejszym celem Kościoła nie jest bowiem egzystencja, ale prowadzenie dusz do zbawienia. Walka o zbawienie każdego pojedynczego człowieka jest nieskończenie bardziej istotna niż walka o przedłużenie jego ziemskiego życia w przypadku choroby czy wypadku. Im Kościół silniejszy, tym walka ta będzie skuteczniejsza – dlatego tak ważna jest troska o Bożą Owczarnię. Wiedzieli o tym święci wszystkich wieków – wśród szczególnie zasłużonych dla Kościoła w chwilach kryzysu warto wspomnieć św. Atanazego i św. Augustyna, św. Patryka, św. Franciszka i św. Dominika, św. Tomasza z Akwinu, św. Katarzynę ze Sieny, św. Ignacego Loyolę, św. Piusa IX i św. Piusa X, św. Jana Pawła II, a w przyszłości – być może również [tu wstaw swoje imię i nazwisko].

W tym miejscu podkreślę raz jeszcze: każdy, kto chce być święty i dokonywać wielkich dzieł na chwałę Boga musi codziennie pracować nad swoją pokorą. Brazylijski publicysta i działacz katolicki, prof. Plinio Correa de Oliveira, uznawał ludzką pychę za główny motor rewolucji, czyli procesu świadomego niszczenia porządku społecznego realizującego przesłanie Ewangelii. To pycha nie pozwala nam w pełni zaufać Kościołowi, a poprzez to zaufać Bogu. To pycha mówi, że sami wiemy lepiej, co jest dobre, a co złe, a zasady moralne podawane przez Kościół stanowią ograniczenie naszej wolności. To pycha – gdy pozwala jej się w sposób niekontrolowany rozrosnąć – mówi wreszcie, że Kościół nie jest potrzebny, a nawet zaczyna go obwiniać za nasze własne niepowodzenia i błędy. Oczywiście z każdym kolejnym krokiem na tej drodze dusza osuwa się w odmęty grzechu, zaś rozum ma coraz większe problemy z logicznym wnioskowaniem. Nie trzeba chyba dodawać, że diagnozę prof. De Oliveiry w każdym calu potwierdza historia – wszak to pycha kazała Lutrowi uważać się za lepszego od papieży, Hitlerowi traktować Polaków i Żydów jako podludzi, Stalinowi uważać „śmierć milionów za statystykę”, a współczesnym ideologom rewolucji uznawać np. zamordowanie własnego dziecka za naturalne prawo każdej kobiety.

Tymczasem pokora objawia się w intelektualnej uczciwości, każącej formułować opinie w oparciu o solidne przesłanki i dopuszczać możliwość własnej pomyłki. Człowiek pokorny nie powtarza bezmyślnie zasłyszanych sloganów i zawsze najpierw myśli, a potem mówi. Przede wszystkim jednak pokora pozwala dostrzec rękę Boga w otaczającym świecie i zaufać Mu, a stąd już tylko krok do zaufania Kościołowi, tak jak wyraził to w jednej ze swoich piosenek bard Jacek Kowalski: „Albowiem człowiek sam z siebie niczego nie ustanowi: nie ufaj byle komu – zaufaj Kościołowi!”. To pokora zgina nasze kolana do modlitwy, a także pozwala nam dostrzec głęboką mądrość zasad moralnych wypływających z dekalogu. To wreszcie dzięki pokorze jesteśmy w stanie ze zrozumieniem przyjąć drugiego człowieka i pomóc mu w jego – być może trudniejszej – drodze do Boga. Pokora nie jest powodem do wstydu, ale potężnym orężem Kościoła w walce o zbawienie dusz.

Wzrastając w pokorze i wierności Kościołowi wspomagamy budowanie Królestwa Bożego na ziemi. Nad pokorą można i trzeba pracować – najlepszymi środkami do ich pogłębienia są formacja i czynienie dobra, ale przede wszystkim modlitwa. To właśnie uważna praca nad sobą – pogłębianie wiedzy o Bogu, częsta spowiedź, codzienny rachunek sumienia – czyni wiarę bardziej dojrzałą i wznosi myśli od spraw przyziemnych do Boga, rozbudzając pragnienie oglądania Go w przyszłym życiu twarzą w twarz. Tylko będąc świadomymi katolikami możemy tworzyć Kościół i brać odpowiedzialność za rzeczy najważniejsze – relację swoją i innych z Bogiem, a co za tym idzie – swoje i innych zbawienie. Oczywiście, Kościół nie upadnie. Jest on wszak realizacją zbawczego planu samego Boga, a Jezus wyraźnie zapowiedział, że „bramy piekielne Go nie przemogą”. Powtórzę jednak jeszcze raz: niech te słowa nie ostudzą naszego entuzjazmu, niech nie wydaje nam się, że skoro Kościół i tak przetrwa, to nasza aktywność nie ma znaczenia. Nadzieja nie ma nas usypiać, ale motywować. Tak, Kościół Katolicki przetrwa, ale Bóg nie będzie nas sądził z tego, jak Kościół wygląda za naszego życia, ale z tego, co konkretnie zrobiliśmy dla jego dobra. Niech ten piękny i głęboko symboliczny czas adwentu będzie czasem szukania w swoim życiu Bożych znaków, wskazujących nam miejsce w Kościele.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.