Poruszona została już kwestia położenia człowieka w tym życiu i świecie, która w ujęciu Lewisa jest bardzo zdroworozsądkowa: istota ludzka jest z natury dobra, ale ma również silną skłonność do złego, jak też dzięki pokładom nadziei w sobie ma szansę na odmianę swojego postępowania. Każda epoka ma własne odpowiedzi na fundamentalne pytania. Również i współcześnie są prądy myślowe i wszelkiej maści ruchy, które prezentują określony styl w podejściu do rzeczywistości.
Fałszywe „lekarstwa”
Z perspektywy chrześcijanina również można zobaczyć wiele, o ile nie dróg, bo drogą jest Jeden1, o tyle drogowskazów, które kierują ludzi ku prawdzie. Autor Chrześcijaństwa po prostu demaskuje w swojej twórczości wiele fałszywych „lekarstw”, czyli światopoglądów, które nie dają żadnych pomocy, a paradoksalnie stają się „opium ludu”2. Poniżej zostaną przedstawione trzy główne.
Komunizm i psychoanaliza
Spiritus movens XXI wieku można by streścić w słowach: „masz prawo do szczęścia i samorealizacji!”. Jest to tym zasadniejsze, im bardziej postępuje rozwój techniczny, a wraz z nim możliwość zaspokojenia ludzkich potrzeb staje się nie tylko coraz prostsza, ale również dużo szybsza. Kiedyś na kontakt z drugim człowiekiem trzeba było czekać: aż w końcu dojdzie list, statek dopłynie do brzegu lub koń wystarczająco szybko dobiegnie do celu podróży. Luksusowe towary rzeczywiście takimi były, bo nim zostały sprowadzone z drugiego krańca świata, zyskiwały kilkukrotnie na wartości. Wykształcenie również było wyznacznikiem poziomu społecznego danej osoby, a często także pozytywnie świadczyło o jej kulturze i obyciu. Lewis, żyjąc w czasach dwóch wojen światowych, na własnej skórze mógł odczuć rewolucję technologiczną, a także zmianę moralności społeczeństwa wystawionego na tak wiele trudnych i nowych sytuacji. Pierwszym zdiagnozowanym przez niego fałszywym „lekarstwem” jest kombinacja psychoanalizy i komunizmu.
Psychoanaliza, w ujęciu Lewisa, polega na jak największym dostosowaniu szczęścia do potrzeb danej jednostki. Liczy się tylko subiektywne odczucie, należy dążyć do metaforycznego zdobycia „przestrzeni wewnętrznej”3. Znany amerykański pisarz i dziennikarz Tom Wolf ukuł termin „dekada samolubności” określający lata siedemdziesiąte XX wieku i w tym kontekście można mówić o niemal proroczych zdolnościach Lewisa w wyznaczaniu przyszłych trendów intelektualnych. Bardzo często ludzie mówiąc o realizacji siebie, mają na myśli spełnienie seksualne, ponieważ jest to sfera, która przez wieki była otoczona swoistym tabu, a dopiero po okresie rewolucji seksualnej stała się szeroko komentowaną częścią życia. Tak też do sprawy podchodzi autor eseju Nie mamy żadnego »prawa do szczęścia«. Rozpoczyna on swoje dziełko od historii pana A i pani B, którzy postanawiają rozwieść się z dotychczasowymi małżonkami, aby móc wejść w nowy i, jak im się zdaje, szczęśliwszy związek. Jest to okupione sporym bólem i smutkiem, tak, iż żona pana A popełnia nawet samobójstwo. Przez cały tekst, co jakiś czas, przebiega wspomniane już hasło „prawa do szczęścia”. A co o tym niemal manifeście sądzi Lewis? „Z początku zabrzmiało to dla mnie tak dziwnie jak prawo do uśmiechu losu. (…) Potrafię zrozumieć prawo jako wolność zagwarantowaną mi ustawami społeczeństwa, w którym żyję. (…) Rodowód maksymy: »Oni mają prawo do szczęścia«, jest imponujący. Istnieje formuła miła dla wszystkich cywilizowanych ludzi, ale szczególnie dla Amerykanów, że jednym z praw człowieka jest prawo do »pogoni za szczęściem«. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Co mieli na myśli autorzy tej wspaniałej deklaracji? Jest sprawą oczywistą, czego nie mieli na myśli. Nie mieli na myśli tego, że człowiek ma prawo dążyć do szczęścia wszelkimi środkami…”4. W dalszej części autor omawia, co w dzisiejszych czasach ludzie najczęściej utożsamiają z pojęciem szczęścia i dlaczego jest to tak powszechne, ale jednocześnie tłumaczy, że jest to błędne podejście, ponieważ w naturze pożądania i spełnienia seksualnego leży jego ulotność, która jeśli nie zostanie ograniczona i wchłonięta przez miłość, sama w sobie stanie się jałowa i bezprzedmiotowa. „Lecz kwestia, jakie środki są »legalne« – jakie metody dążenia do szczęścia są dozwolone pod względem moralnym przez prawo natury, czy też powinny zostać stwierdzone przez ciało ustawodawcze określonego kraju jako prawnie dozwolone – pozostaje nadal nierozwiązana. W tej też kwestii nie jestem zgodny z Klarą. Nie uważam za rzecz oczywistą, żeby ludzie mieli, jak to ona sugeruje, nieograniczone »prawo do szczęścia«. Jestem bowiem po pierwsze przekonany, że kiedy Klara mówi: »szczęście«, to ma na myśli tylko i wyłącznie »szczęście seksualne«. (…) Naszemu popędowi płciowemu przypisuje się więc absurdalnie uprzywilejowane miejsce. Uważa się, iż motyw seksualny dostarcza usprawiedliwienia dla wszelkiego rodzaju postępowania, które, gdyby miało co innego na celu, byłoby potępione jako bezlitosne, perfidne i niesprawiedliwe. Mimo, iż nie widzę podstaw do tego, żeby nadawać popędowi płciowemu ten przywilej, wydaje mi się, że rozumiem zasadniczą przyczynę, dla której tak się dzieje. W naturze silnej, erotycznej namiętności – w odróżnieniu od przelotnego napadu pożądania – leży to, że robi ona bardziej niebotyczne obietnice niż jakiekolwiek inne uczucie. Bez wątpienia wszystkie nasze pragnienia robią obietnice, lecz nie w tak frapujący sposób. Stan zakochania pociąga za sobą niemal niezachwiane przekonanie, że będzie trwał do śmierci i że posiadanie ukochanej osoby zapewni nie tylko częste uniesienia, ale i trwałe, owocne, głęboko zakorzenione uczucie szczęścia, które trwać będzie przez całe życie. Skutkiem tego wydaje się, że stawką jest w s z y s t k o. Jeżeli przegapimy tę szansę, życie nie będzie miało sensu. Na samą myśl o takim losie pogrążamy się w bezdennych czeluściach litowania się nad sobą. (…) Jeżeli ustanawiamy »prawo do (seksualnego) szczęścia«, które wypiera wszystkie normalne zasady zachowania, robimy to nie z powodu tego, czym nasza namiętność okazuje się w praktyce, lecz z powodu tego, co ona obiecuje, kiedy jesteśmy w jej szponach. W ten sposób złe postępowanie staje się rzeczywistością i powoduje cierpienia i poniżenie, szczęście zaś, które było celem tego postępowania, coraz bardziej okazuje się złudne. Wszyscy (za wyjątkiem pana A i pani B) wiedzą, że za jakiś rok pan A może mieć ten sam powód, żeby opuścić swoją nową żonę, jak ten, dla którego opuścił poprzednią. Znowu będzie uważał, że stawką jest wszystko. Znowu stwierdzi, że jest niezrównanym kochankiem, a współczucie dla samego siebie wykluczy współczucie dla tej kobiety”5.
Komunizm, a właściwie marksizm lub materializm dialektyczny, jest ideologią, która w XX wieku zebrała bardzo krwawe żniwo, uwodząc umysły milionów ludzi na całym świecie. W czasach swojej działalności Lewis nie raz krytycznie się odnosił do takiego światopoglądu, który ma sporo wspólnego z moralnym nihilizmem. Jest to niebezpieczna doktryna ze względu na to, że pod pozorem odwołania się do naszego altruizmu, który jest nieodzowną częścią ludzkiej nadziei, upowszechnia zasady niewłaściwie pojmowanej sprawiedliwości społecznej, a wykorzystując człowiecze dążenie do posiadania racji, utwierdza zaangażowanych w poczuciu, iż to oni są po właściwej stronie nieuchronnego procesu historycznego6. Dlatego też filozof jest przeciwnikiem totalitaryzmów, zarówno faszystowskiego, jak i komunizmu, ponieważ jako zwolennik państwa, które pomaga obywatelom, a nie narzuca siłą pewnego rodzaju rozwiązań, a także trzeźwo myślący człowiek, uważa, że oba te systemy są współczesną wersją utopii, która piękna może być na papierze i w założeniach, jednakże w rzeczywistości okazuje się być biurokratyczną, bezduszną machiną niszczącą wolność, fundament osobowości każdej istoty ludzkiej. W jednym ze swoich listów Lewis podkreśla: „Faszyzm i komunizm, podobnie jak wszelkie inne zło, są silne z powodu dobra, które zawierają lub imitują. (…) Oczywiście ich szansą jest porażka tych, którzy dopuścili, by ludzkości tego konkretnego dobra bardzo brakowało. Jednak nie zmienia to mojego przekonania, że są one w istocie bardzo złe”7.
Westonizm, czyli nauka jako „nowa religia”
Pojęcie westonizmu zostało przez Lewisa ukute już w 1939 roku, a odnosi się ono do „racjonalistycznego absolutyzmu prowadzącego własne rozumowanie wzdłuż niekończących się korytarzy abstrakcji i niezadającego sobie trudu zauważenia, że nie przystaje do zmieniających się sytuacji oraz chwilowego kontekstu”8. Tak autor argumentuje powstanie powieści poruszającej ten problem: „Jestem przekonany, że niebezpieczeństwo westonizmu jest wielkie. Do napisania tej książki (tj. Z milczącej planety) skłonili mnie moi uczniowie, którzy całkowicie na serio biorą wszystkie marzenia związane z kolonizacją przestrzeni międzyplanetarnej”9. Nazwa pochodzi od Westona, niezwykle nikczemnego naukowca, który jest głównym antagonistą w powieści Z milczącej planety, pierwszej części Trylogii kosmicznej. W jednej z sytuacji tłumaczy on Ojarsie – istocie o anielskim rodowodzie, która panuje nad Malakandrą – konieczność podboju kosmosu przez rasę ludzi, która nie cofnie się przed niczym, aby każda planeta była zamieszkana przez człowieka lub to, co się z nim stanie w przyszłości na drodze ewolucji, nawet jeśli będzie to oznaczać eksterminację autochtonów10. Lewis, niejako utożsamiając się z władcą Malakandry, tłumaczy badaczowi, że to, co on prezentuje pod przykrywką wzniosłych idei i dążenia do prawdy, tak naprawdę skrywa moralną pustkę. Kiedy nawet wychodzi to już na jaw, zwolennicy niemoralnej nauki, tacy jak Weston, tłumaczą się koniecznością ponoszenia ofiar w imię wyższego celu. Problem zachłyśnięcia się westonizmem występuje także w innych dziełach profesora, między innymi w Siostrzeńcu Czarodzieja [w osobie wuja Andrzeja], Podróży »Wędrowca do Świtu« [Eustachy, jego rodzice i gubernator Gumpas] oraz Srebrnym krześle [w instytucji o wdzięcznej nazwie Eksperymentalna Szkoła Koedukacyjna, która jest wzorcową dla tego prądu myślowego], które są częścią septologii Opowieści z Narnii. Niestety ideologia ta nie występuje wyłącznie w powieściach, jest realnym zagrożeniem dla człowieka XX i późniejszych wieków. O tyle jest niebezpieczna, że niepostrzeżenie staje się częścią ludzkiego światopoglądu, co wpływa w ogromnym stopniu na sposób życia, wybory, motywacje i myślenie oraz deprecjonuje serce, wrażliwość, mocno chwieje podstawami człowieczeństwa. Tylko to, co możliwe do dotknięcia, do poczucia jest prawdziwe, wszelkie subtelności, takie jak uczucia czy moralność, są postrzegane jako subiektywne, a więc nie warte uwagi. „Mędrca szkiełko i oko” wygrywa z „czuciem i wiarą”11. Nie można pominąć jeszcze jednego negatywnego aspektu westonizmu, jakim jest przedkładanie przyszłości nad teraźniejszością – wszystko winno być nowoczesne, nawet kosztem wyalienowania się ze społeczeństwa wskutek zupełnej nienaturalności takiego postępowania12. Ideologia ta nie prezentuje w twórczości Lewisa zła totalnego, ale z pewnością stanowi zarówno przestrogę, jak i diagnozę współczesnego świata rozdartego między postępem ekonomicznym, nowoczesnością, a uniwersalnymi wartościami ludzkimi.
Jezus Chrystus tylko wielkim nauczycielem moralności
Z pewnością w obecnej epoce można spotkać ludzi, którzy w poszukiwaniu odpowiedzi na trapiące ich pytania dojdą do wniosku, że przesłanie Jezusa z Nazaretu jest naprawdę piękne. Miłość bliźniego, zaniechanie odwetu, dbanie o biednych, chorych, opuszczonych, zaprowadzanie pokoju na świecie – z tymi postulatami zgodzą się zarówno wierzący, jak i niewierzący. Wielu stawia Chrystusa obok takich postaci jak Budda, Gandhi, Dalajlama, Martin Luther King, czy Konfucjusz uważając, iż wszyscy oni dążyli do tego, aby świat był lepszym miejscem. Czy takie samo podejście może mieć chrześcijanin? Czy dla człowieka wierzącego Jezus może być nauczycielem, wielkiego formatu, ale tylko nauczycielem moralności? Według Lewisa nie: „»Jestem gotów zaakceptować Jezusa jako wielkiego nauczyciela moralności, lecz nie przyjmuję Jego twierdzenia, że jest Bogiem«. Tego jednego nie wolno nam powiedzieć. Ktoś, kto byłby tylko człowiekiem i mówiłby to, co mówił Jezus, nie byłby wielkim nauczycielem moralności. Mógłby być albo szaleńcem – dokładnie jak ktoś, kto mówi, że jest jajkiem na twardo – albo Diabłem z Piekła. Wybór należy do nas. Jezus był – i jest – albo Synem Bożym, albo szaleńcem lub kimś jeszcze gorszym. Możesz uciszyć Go jako głupca… albo paść Mu do stóp i nazwać Go Panem i Bogiem. Nie należy jednak upowszechniać protekcjonalnych nonsensów, jakoby był On doskonałym ludzkim nauczycielem. Jezus nie pozostawił nam w tym względzie wyboru. Nie taki był Jego zamiar”13. Po czym można poznać, że Jezus Chrystus jest równocześnie Bogiem i człowiekiem? Jeżeli ufać prawdziwości Pisma świętego, a takie założenie musi mieć każda osoba chcąca poważnie myśleć o chrześcijaństwie, to w tej księdze są wszystkie odpowiedzi pozwalające utwierdzić czytelnika w tej pewności. Jezus odpuszcza grzechy, które nie były zawinieniem przeciwko Niemu [zob. Mk 2, 1-12], zmienia interpretację prawa Bożego oraz wyjaśnia jego istotę [zob. Mt 5, 21-22], uzdrawia w Swoim własnym imieniu i Swoją własną mocą [zob. Mt 8, 2-3], nakazuje chrzcić w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego [zob. Mt 28, 18-19], mówi, że to On posyła proroków i mędrców do Izraela [zob. Mt 23, 34], świadczą o Nim św. Piotr [zob. Mt 16, 16] oraz św. Jan [zob. J 20, 28]. Lewis stwierdza więc: „Z jednej więc strony mamy jasne, stanowcze nauki moralne, a z drugiej stwierdzenia, które – o ile nie są prawdziwe – byłyby stwierdzeniami jakiegoś megalomana, w porównaniu z którym Hitler byłby najrozsądniejszym i najskromniejszym spośród ludzi. Nie ma tu półśrodków i nie ma podobieństwa do innych religii. Gdyby pójść do Buddy i zapytać go: »Czy jesteś synem Brahmy?« – odpowiedziałby: »Synu mój, przebywasz ciągle w dolinie iluzji«. Gdyby pójść do Sokratesa i zapytać: »Czy jesteś Zeusem?« – po prostu by cię wyśmiał. Mahomet zapytany: »Czy ty jesteś Allachem?« – najpierw rozdarłby swoje szaty, a potem uciął pytającemu głowę. Konfucjusz na pytanie: »Czy jesteś Niebem?« – prawdopodobnie odpowiedziałby: »Spostrzeżenia niezgodne z naturą nie należą do dobrego tonu«. Idea wielkiego nauczyciela moralności mówiącego to, co mówi Chrystus, nie wchodzi tu w rachubę. Moim zdaniem jedyną osobą, która może mówić tego rodzaju rzeczy, jest albo Bóg, albo całkowity obłąkaniec, cierpiący na ten typ urojenia, który paraliżuje cały umysł człowieka. (…) Czy jakakolwiek hipoteza pokrywa się z faktami tak dobrze, jak hipoteza chrześcijańska. Hipoteza ta mówi, że Bóg zszedł w stworzony wszechświat, w dół do ludzkości – i znowu wzniósł się, pociągając ją za sobą”14. Dlaczego kwestia boskości Jezusa jest tak w chrześcijaństwie istotna? Ponieważ bez tego niemożliwe jest zrozumienie odkupienia i zadośćuczynienia, jakie dokonało się na krzyżu. Nawet najdoskonalszy człowiek nie mógłby tego uczynić, gdyż stworzenie nie może przewyższyć swojego Stwórcy i zapłacić za grzech. Kłóci się to także z ideą miłosiernego Boga, bo kim On byłby, gdyby zażądał ofiary niewinnego w miejsce tych, którzy rzeczywiście zawinili. Tylko miłość, która prowadzi do samopoświęcenia niewinnego, który dorównuje Bogu godnością jest w stanie zastępczo zadośćuczynić Panu za nieposłuszeństwo pierwszych ludzi. Dlatego w Chrześcijaństwie po prostu Lewis podkreśla: „Jednak gdyby Bóg stał się człowiekiem — gdyby nasza ludzka natura, zdolna do cierpienia i śmierci, stopiła się z naturą boską w jednej osobie — wówczas taka osoba mogłaby nam pomóc. Ktoś taki mógłby zrezygnować z własnej woli, cierpieć i umrzeć jako człowiek — i mógłby to uczynić w sposób doskonały jako Bóg. Ty czy ja możemy przejść przez ten proces jedynie pod warunkiem, że uczyni to w nas Bóg — ale Bóg może to uczynić tylko wtedy, gdy stanie się człowiekiem. (…) Jednak nie możemy uczestniczyć w umieraniu Boga, jeśli On również nie umrze — On zaś nie może umrzeć inaczej niż jako człowiek. To w tym sensie Bóg spłaca nasz dług i cierpi za nas to, czego sam wcale cierpieć nie musiał”15.
- Zob. „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”. [J 14,6] ↩︎
- K. Marks, Przyczynek do krytyki heglowskiej filozofii prawa. Dostępne na stronie: https://www.marxists.org/polski/marks-engels/1843/krytyka-hegel-fil-prawa.htm (data dostępu: 27.05.2017). ↩︎
- Zob. R. L. Purtill, W obronie wiary. C.S. Lewisa argumenty na rzecz chrześcijaństwa, tł. J. Urbaniak, Poznań 2013, str. 168. ↩︎
- C.S. Lewis, Nie mamy żadnego „prawa do szczęścia”, [w:] Tenże, Bóg na ławie oskarżonych, tł. M. Mroszczak, Warszawa 2002, str. 108-109. ↩︎
- C.S. Lewis, Nie mamy żadnego „prawa do szczęścia”, [w:] Tenże, Bóg na ławie oskarżonych, tł. M. Mroszczak, Warszawa 2002, str. 109-113. ↩︎
- Zob. R. L. Purtill, W obronie wiary…, str. 171 ↩︎
- C.S. Lewis, Letters (17 stycznia 1940), cyt. za: Tenże, Przebudzony umysł, tł. A. Wojtasik i in., Kraków 2014, str. 101. ↩︎
- M. Oziewicz, Magiczny urok Narnii. Poetyka i filozofia „Opowieści z Narnii” C.S Lewisa, Kraków 2005, str. 270. ↩︎
- W.H. Lewis [red.], Letters of C.S. Lewis, New York 1993, str. 321, cyt za: M. Oziewicz, Magiczny urok Narnii. Poetyka i filozofia „Opowieści z Narnii” C.S Lewisa, Kraków 2005, str. 267. ↩︎
- Zob. C.S. Lewis, Z milczącej planety, [w:] Tenże, Trylogia kosmiczna, tł. A. Polkowski, Poznań 2009, str. 139. ↩︎
- A. Mickiewicz, Romantyczność. Dostępne na stronie: http://literat.ug.edu.pl/amwiersz/0008.htm (data dostępu: 27.05.2017). ↩︎
- M. Oziewicz, Magiczny urok Narnii…, str. 275-276. ↩︎
- C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, tł. P. Szymczak, Poznań 2002, str. 60-61. ↩︎
- C.S. Lewis, Co mamy począć z Jezusem Chrystusem, [w:] Tenże, Bóg na ławie oskarżonych, tł. M. Mroszczak, Warszawa 2002, str. 84-87. ↩︎
- C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, str. 66. ↩︎