XXI wiek i miłość, brak miłości, a czasem jedno i drugie. Przyznam, że mam z tym tematem dość duży problem. Bo właściwie wszyscy mówimy i piszemy o miłości, ale chyba nie do końca sobie z nią radzimy.
W budowaniu dojrzałej miłości nie pomaga także współczesna cywilizacja. Nie pomagają nasze zmysły bombardowane wrażeniami i kolorami ze wszystkich stron ani elektronika, która stała się symbolem cywilizacji, ani też szybki dostęp do wszystkiego, który jest świeckim dogmatem. To wszystko nie pomaga w budowaniu trwałych relacji, a jeszcze bardziej w podejmowaniu decyzji na lata.
Zastanawiam się też, na ile my jeszcze kochamy, a na ile dokonujemy transakcji emocjonalnych ze wszystkimi, nawet z Bogiem. Internet pełen jest lifestylowych rekolekcji; półki uginają się od książek psychologów, którzy radzą, jak zrozumieć drugą osobę. Mimo to fala rozwodów wcale nie hamuje, młodzi ludzie popadają w marazm, a w szpitalach psychiatrycznych zaczyna brakować miejsc.
Nasz zachodni, cywilizowany świat staje się coraz bardziej chaotyczny. Tak jak w fizyce, rośnie w nim entropia. Zamiast porządku panuje stan, w którym z czasem wszystko staje się jeszcze bardziej skomplikowane i rozdrobnione. Młodzi Europejczycy gubią się w gąszczu idei, nauk, religii i pomysłów na życie. Chrześcijaństwo, tracąc swój społeczny monopol, nie jest już głównym, a jednym z wielu głosów.
Nie ukrywam, że w wizji, którą zarysowałem, prawdziwa miłość jest ekstremalnie trudna. W świecie duchowego chaosu, gdzie porno jest traktowane jakby było zwyczajną gałęzią rozrywki, a błyskawiczne rozwody już niewielu szokują, wierna, trwała i konsekwentna miłość staje się wręcz rodzajem manifestu społecznego.
Miłość w czasach komercji jednak istnieje. Świadczą o niej zastępy wolontariuszy w hospicjach. Opowiada o niej życie wielu ludzi poświęcających swe życie Bogu, m.in. gorliwych kapłanów czy wiernych małżonków.
Jest duchowo coraz ciemniej, to prawda. Ale przejdziemy tę drogę ponowoczesnej cywilizacji. Tylko nie chowajmy światła wiary pod korcem.
Z życzeniami dobrej lektury
Bartłomiej Wojnarowski
redaktor naczelny „Adeste”
