Gdy myślę o kobiecości w Kościele, odczuwam wdzięczność, ale i dyskomfort. Po pierwsze jestem wdzięczny, ponieważ to kobiety opowiedziały mi pierwsze o Bogu. Jak trzy Marie po zmartwychwstaniu. To w ich słowach odnalazłem zachwyt nad Prawdą. Nie mogę jednak uciec od pewnego uczucia dyskomfortu. Czuję niepewność, gdy słyszę o miejscu kobety w Kościele. Jej roli i misji. Bo to wyrażenie zostało zawłaszczone przez publicystyczne dyskusje na temat tego, co może, a czego nie może kobieta w danym miejscu świątyni czy hierarchii Kościoła. Jakby Kościół był firmą marketingową, gdzie trzeba równoważyć rozwój zawodowy.
A w moim odczuciu już samo ułożenie duchowego kompasu w tym kierunku jest niewłaściwe. Kościół to nie jest tylko męska czy kobieca sprawa. To przede wszystkim Boża rzecz. Dlatego mężczyźni i kobiety mają takie miejsce w Kościele, które może pomagać w zbawieniu bliźnich oraz samego siebie. I to jest ostatecznie istotne.
We wspólnocie Kościoła nie chodzi o to, kto ma ile możliwości. Królestwo Niebieskie nie jest zdobywane poziomami dostępu do władzy, ale miłością. Dlatego dyskusja, co mogą, a czego nie mogą w Kościele kobiety pod względem sakramentów czy posług, jest dla mnie istotna w znaczeniu teologii. Nie trafia jednak w sedno powołania kobiety w Kościele.
A jest nim dawanie przestrzeni dla Boga. To ta sama misja, którą otrzymała Matka Boża. Dać światu Boga. Wskazać na Niego. Otoczyć opieką, troską i ciepłem Jego kruchość. Światu drżącemu w niepokoju przynieść nieco czułości. Takie spojrzenie jest według mnie bliższe naturze Kościoła, niż myślenie w kategoriach, tego, co kobieta może bądź czego nie może.
Warto w tej chwili pomyśleć o kobietach, które przyprowadziły nas do Boga. O matkach, przyjaciółkach, zakonnicach. Sądzę, że większość z nich nie marzy o funkcji diakonisy, specjalnym miejscu w świątyni lub dowartościowaniu ich przez honorowe funkcje. Kobiety wiary są jak Maryja – ich życiową koronacją, chlubą i misją jest to, by przyprowadzić do Jezusa Chrystusa jak najwięcej ludzi. Dać im nadzieję, otoczyć troską. To często ciche historie, bo miłość nie potrzebuje równościowych protestów, wielkich słów, lecz potrzeba jej prawdziwej bliskości.
Chciałbym, by właśnie ta optyka przeważała w naszych dyskusjach o kobietach i kobiecości w Kościele. Wtedy będzie ona bliższa spojrzeniu Maryi, najdoskonalszej z kobiet: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Takiej kobiecości nie tylko nie musimy się bać. My jej potrzebujemy codziennie coraz więcej.
Tak proste, a jednocześnie trudne dla nas – kobiet i mężczyzn XXI wieku.
Z życzeniami dobrej lektury
Bartłomiej Wojnarowski
redaktor naczelny „Adeste”
