Rozpoczął się Adwent. Tak, wszyscy zaraz odpowiedzą chórem: czas radosnego oczekiwania. Różnego typu frazesy o Maryi, Janie Chrzcicielu znamy już niemal na pamięć. Przywykliśmy do tego. Ale to tylko jedna strona tego zimowego okresu w liturgii. Przyzwyczailiśmy się także do brutalnego marketingu, kolęd, które wepchnęły się nam drzwiami i oknami jeszcze pod koniec listopada czy trochę wyświechtanych żartów spikerów z radia i telewizji o prezentach pod choinkę. Przez natłok obowiązków te cztery tygodnie większości z nas umykają. Trzeba kupić wszystkim prezenty, pozałatwiać swoje sprawy, wrócić do rodzinnego domu ze studiów bądź miejsca pracy. Ciągle jeszcze nie umiemy oddychać Adwentem. A jest to nam dzisiaj potrzebne bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. W erze fast-foodów, uzależnienia od elektroniki oraz szybkiej i płytkiej miłości istnieje ryzyko, że także religia może stać się dla nas spożywanym na szybko pokarmem.
Adwentem mamy się delektować. Czuć go. Smakować go. I jestem daleki od pouczania i udawania, że ja jednak daję radę się wyciszyć, oderwać na 100% i być całkowicie z boku. Jednak myślę, że jest coś, co damy radę zrobić wszyscy: uspokoić serce. Wyciszyć falę naszej duszy, która w ciągu roku zajęta jest ciągłą dyskusją, problemami, wątpliwościami. By mniej duchowo mówić, a więcej słuchać.
Może uda nam się trochę wyćwiczyć w nadziei. Zamiast nerwowo i na ostatnią chwilę szukać internetowych rekolekcji warto wykonać gesty do szpiku kości najprostsze: wesprzeć misje, odwiedzić kogoś smutnego czy przybitego chorobą. Zapytać wreszcie, skąd żal i wątpliwości.
Ostatecznie chodzi przecież o to, by to był czas świętego i pogodnego oczekiwania, a nie męcząca szarpanina między sacrum i profanum. Bo jeśli bez przygotowania wyjdziemy na ten światowy mróz, może nam zdrętwieć serce. I wtedy przyjmiemy Chrystusa pełni niepewności, a nie radości. Może w tym roku zróbmy to inaczej – w wyjątkowy sposób.
Z życzeniami dobrej lektury
Bartłomiej Wojnarowski
redaktor naczelny „Adeste”
