adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Społeczeństwo, Z życia Kościoła

(Nie) mój Synod – krajobraz po Synodzie o młodzieży oczami młodych

Zakończony ostatnio Synod o Młodzieży miał ułatwić duszpasterzom współpracę z młodymi osobami. Jednak w kilka tygodni po jego zamknięciu przepaść pomiędzy hierarchią Kościelną a młodymi jak była, tak jest.

Pamiętam to uczucie, gdy kilka miesięcy temu dowiedziałem się o planach zorganizowania Synodu o Młodzieży oraz wciągnięcia w jego przebieg szerszych gron młodych katolików. Przyznam szczerze – choć nie należę do osób, które często się emocjonują – zareagowałem entuzjastycznie. Widząc i znając po części z własnego doświadczenia problemy organizacyjne, komunikacyjne i duszpasterskie Kościoła, chyba na chwilkę realnie uwierzyłem, że oto nadchodzi nowe otwarcie. Otwarcie, którego moim zdaniem bardzo wszyscy potrzebujemy. Dlatego też starałem się na miarę moich możliwości aktywnie uczestniczyć w konsultacjach przedsynodalnych, odbywających się przy pomocy internetowych ankiet oraz na Facebooku.

Nadzieja i zawód

I w tym momencie mój optymizm wyraźnie opadł. Po pierwsze – owe grupy okazały się być bardzo nieliczne. Informacje o konsultacjach najwyraźniej były bardzo słabo reprezentowane w mediach. Cóż, pomyślałem, nie musi być to kardynalny problem. Dajmy sobie szansę. Więc gdy administratorzy oficjalnej anglojęzycznej grupy do konsultacji przedsynodalnych zadawali członkom pytania dotyczące ich położenia i przemyśleń na temat wiary i społeczeństwa, chętnie i treściwie na nie odpowiadałem. Zachęcałem też do tego moich znajomych. Z początku bardzo się ucieszyłem widząc odpowiedzi innych. Przede wszystkim dlatego, że wymykały się one stereotypowym poglądom na młodzież, które tak często towarzyszą duszpasterzom. Wedle wielu z nich młodzież jest emocjonalna, nienawidzi wszelkich konwenansów, szuka w wierze przeżyć. Kościół ma być dla nich grupką towarzyską i miejscem zabawy. Nierzadko jednak duszpasterze zapominają chociażby o aspekcie intelektualnym, wszelkich „twardych” podstawach wiary. Rzutuje to też często na praktykę duszpasterską – Msze Święte zamieniają się (w aspekcie formy) w rodzaj kiczowatego, ekspresyjnego spotkanka ludzi z ludźmi. Stają się niemal imprezą, gdzie Pan Bóg jest raczej tematem rozmowy i śpiewów, a nie szacownym gospodarzem czy choćby pierwszorzędnym gościem.

Przyszedł i drugi cios. Okazało się bowiem, że gdy – rzekomo na podstawie danych zebranych z grup konsultacyjnych – przygotowano Instrumentum Laboris (dokument roboczy z konsultacji dla ojców synodalnych), wiele z tych mających potencjał spostrzeżeń ominięto. Instrumentum Laboris przypomina raczej gimnazjalną rozprawkę, niż owoc rzetelnych konsultacji przeprowadzonych przy pomocy profesjonalnych socjologów i teologów. Raziła mnie sztampowość i ogólnikowość stwierdzeń w nim zawartych. Wiele z pozytywnie rewolucyjnego potencjału młodzieży dopuszczonej do głosu, z jakiegoś powodu zostało odrzucone. Bez wątpienia szwankowały kanały komunikacyjne pomiędzy internetowymi konsultacjami a tymi, którzy opracowywali ten tekst.

Cóż – pomyślałem – nie wszystko stracone. Wszak te rzeczy działy się jeszcze przed samym Synodem. Może ojcowie synodalni, zebrani w Watykanie, dojdą do dobrych rozwiązań? Łapczywie poszukując odpowiedzi na to pytanie śledziłem – głównie w anglojęzycznych mediach – relacje z Synodu. I tu niestety też przyszedł zawód. Sekretariat Synodu nie dorósł niestety do zadania, które sobie wyznaczył. Nie było miejsca na swobodne i pełne wyrażenie swoich przekonań; na konstruktywną debatę z prawdziwego zdarzenia. Na sali obrad często panował chaos. Wobec niektórych kwestii wyodrębniły się stronnictwa – a to forsujące wątpliwe względem nauki Kościoła tezy, a to broniące wierności Chrystusowi (i mając za sobą poparcie wielu młodych). Synod był więc raczej czymś w rodzaju doświadczalnego poligonu, niż poukładanym, rzetelnym procesem wypracowywania rzetelnych rozwiązań. Wiem, że wielu biskupów stanęło na wysokości zadania – np. bp Anthony Fisher OP z Sydney, który w swoich wypowiedziach przypominał ojcom synodalnym, że współczesna młodzież nie jest taka, jak oni to sobie często wyobrażają. Z drugiej strony zawiedli niektórzy członkowie sekretariatu Synodu, którym zdarzało się forsować nieproponowane przez młodzież rozwiązania chyba tylko po to, by pójść z prądem najnowszych watykańskich mód intelektualnych. Mam tu na myśli chociażby forsowanie pojęcia „synodalności”, bardzo popularnego w najnowszym leksykonie niektórych hierarchów Kościoła, lecz dość nieprecyzyjnym. Poza tym – całość dokumentu finalnego Synodu wciąż jest dostępna tylko w języku włoskim. Mało kto może go przeczytać w całości. Wygląda to trochę tak, jakby dokument opracowano od biskupów i dla biskupów, bez chęci wchodzenia w szczery długofalowy dialog z szerszymi kręgami Kościoła.

Zobacz też:   O wojnie, której nie ekranizują

Nie wszystko stracone!

Czy to oznacza, że z całego początkowego potencjału pozostało tylko zrezygnowane westchnięcie? Niekoniecznie. Przede wszystkim – Ojciec Święty Franciszek już zapowiedział, że napisze posynodalną adhortację. To ona najprawdopodobniej będzie rezonowała wśród kleru i wiernych w większej mierze niż chociażby dokument końcowy Synodu. Więc o ile sam synod sensu stricto spisałbym na straty (albo lżej – brak profitów, które miał w zamierzeniu osiągnąć), to piłka jednak pozostaje w grze. Czy oznacza to szansę na lepsze zakończenie całej synodalnej inicjatywy? Trudno mi powiedzieć.

Po drugie – duszpasterstwo młodzieży dzieje się przede wszystkim na poziomie lokalnym. O jego praktyce nie stanowią biskupi, lecz sama młodzież, stawiając i komunikując swoje oczekiwania księżom, jak i duszpasterze, którzy powinni w te głosy się wsłuchiwać i starać się na nie konstruktywnie odpowiadać (nie mylić ze zgadzaniem się na wszystkie zachcianki). Choćby Synod był najlepszy – bez oddolnej działalności pozostałby na papierze. Czy więc o słabości duszpasterstwa młodzieży w najbliższych latach przesądza słaby finalny wynik synodu? Bynajmniej. To od samych katolików, takich jak Ty, Drogi Czytelniku, i ja, zależy kształt Kościoła. Od naszych modlitw, głosów i działań w znacznej mierze zależy to, w jakim stanie i położeniu znajdować się będzie Matka Kościół.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.